Było ciemno. Wokół cisza, nawet najmniejszy szmer nie próbował się wyzwolić. Ta cisza dzwoniła Syriuszowi w uszach, gdy poczuł pod stopami mokre liście. Był na boso, sam w
Zakazanym lesie i kompletnie nie wiedział, co tutaj robi. Jakim sposobem
znalazł się poza murami zamku i to w samym środku nocy? Może to jakiś głupi
żart Huncwotów lub Dorcas? Chłopak zatrząsł się z zimna, a jego skóra pokryła się gęsią skórką, gdy wiatr mocniej zawiał. Chłód przeszywający jego ciało był nieustępliwy, a on był jednie w cienkiej piżamie. Nagle wśród otaczającej go ciszy dostrzegł cichy szmer. Usłyszał czyjeś kroki, ktoś oprócz niego tu był. Obrócił się bezszelestnie, wytężając wzrok. Nagle usłyszał zimny i szorstki głos. Słyszał go już nie raz i zawsze wzdrygał się na jego dźwięk. Przybliżył się o kilka kroków słysząc jeszcze końcówkę zdania, które wypowiadała owa istota.
-...Potter...Chłopiec, który przeżył… - To nazwisko rozbrzmiało w głowie
Syriusza, który z zaciekawieniem, ale także strachem przybliżał się coraz bardziej, by móc cokolwiek zobaczyć. Nie wiedział czy powinien, ale tam był w końcu jego przyjaciel, któremu prawdopodobnie groziło niebezpieczeństwo. Stanął na skraju polany ukryty za krzewem. Na chwilę wstrzymał oddech, gdy dostrzegł po swojej prawej stronie czarodzieja, do którego należał owy zimny i mrożący krew w żyłach głos. Na przeciw niego stał James, którego palce kurczowo zaciśnięte były na różdżce. Syriusz
Przeniósł swój wzrok na czarnego pana, który podniósł już swoją
różdżkę. Na chwilę świat jakby stanął w miejscu. Syriusza przeszył zimny dreszcz, gdy Lord Voldemort uśmiechnął się szyderczo do przerażonego, Pottera. Minęła chwila nim Syriusz zrozumiał, co to oznacza. Czarny pan chciał zabić jego przyjaciela.
Black nie zastanawiając się zbyt długo wyskoczył zza krzaków stając twarzą w twarz z Lordem Voldemortem. Uniósł swoją różdżkę lekko trzęsąc się ze strachu, ale czarny pan zachowywał się tak jakby w ogóle go nie dostrzegł.
- Jeśli chcesz zabić go, musisz zabić najpierw mnie! – krzyknął, lecz i to nie poskutkowało.
Czarny pan był już w gotowości. To trwało jednie ułamek sekundy. Syriusz po chwili zobaczył tylko jak smuga zielonego światła swobodnie przelatuje przez jego ciało. To koniec – pomyślał, ale nagle zobaczył jak czarny pan upada na ziemię odepchnięty jakąś magiczną siłą. Śmierciożercy zgromadzeni dokoła niego spojrzeli przestraszeni, a Bellatrix próbowała pomóc mu wstać. Czarnowłosy, aż wzdrygnął się na myśl, że jest z nią spokrewniony. Po chwili jednak dotarło do niego to, co się stało. Powili obrócił się spodziewając się najgorszego. Tuż za jego plecami leżał martwy James. Nieżywy. Nie ruszał się. Nie oddychał. Syriusz poczuł jak do jego oczu cisnął się łzy, ale nie mógł teraz płakać. Chciał się zemścić, tak samo jak to Meadowes zemściła się na nim. Nim jednak z powrotem się obrócił wszystko wokół zaczęło tracić ostrość i kolory a on upadł zemdlony na mokre liście.
- Łapo! - Nad jego łóżkiem pochylali się wszyscy Huncwoci. - Co się
dzieje? - spytał Rogacz patrząc przestraszony na przyjaciela. -
Krzyczałeś!
To się nie działo naprawdę. James żył.
- Miałem sen...- zaczął czarnowłosy, ale zrobił na chwilę przerwę. Nie
wiedział czy powinien mówić o tym, co stało się w zakazy Lesie i o tym,
co spotkało Rogacza. - Zwykły koszmar - dodał po chwili.
- Na pewno? - Lupin nie wyglądał na przekonanego.
- Tak Lunatyku – odparł, ale w jego głosie dało się wyczuć nutkę zwątpienia.
- Łapo, a opowiesz nam, co ci się śniło? – spytał Peter, za co Remus spiorunował go wzrokiem. – No, co? – Spojrzał na niego zdziwiony.
- Wybacz Glizdogonie, ale wolę do tego nie wracać. – Syriusz lekko się skrzywił.
Naprawdę nie chciał do tego wracać, ani o tym myśleć. Nie wiedział jak miał to potraktować. Jako zwykły sen, czy może proroctwo. Tego drugiego nawet nie chciał dopuścić do myśli. James zabity przez Voldemorta. Ale gdyby to miało stać się naprawdę to James był w śnie nie wiele starszy niż teraz, może nawet działo się to w tym samym roku. Chwilę się zastanowił, czy powinien o tym komuś mówić. To musi być ktoś, kto go zrozumie i zachowa to w tajemnicy.
Chyba znał tylko jedną taką osobę.
- Może chodźmy dalej spać? – zaproponował Lunatyk, a reszta kiwając głowami wróciła do swoich łóżek z powrotem zapadając w głęboki sen.
~*~
Lekcja zielarstwa dłużyła się wszystkim niemiłosiernie nawet zważając na to, że dziś przyjechał jakiś wspaniały ogrodnik prezentujący bardzo rzadkie okazy roślin. Dorcas ziewała oparta o stół, na którym stała młoda Mandragora. Po chwili poczuła jak jej oczy powoli się sklejają. Jednak nim udało jej się, choć na chwilę zdrzemnąć zadzwonił dzwonek i Gryfoni wraz z Krukonami ruszyli pędem w stronę wyjścia. Ona ospałym krokiem wlekła się za swoimi przyjaciółkami.
- Gdzie wy tak pędzicie? – spytała próbując dogonić je na schodach, gdy szły na eliksiry.
- Obiecałam ślimakowi, że dam mu jeszcze przed lekcją referat o eliksirze miłości! – Ruda wygrzebała z torby gruby zwój pergaminu. – Dzisiaj o tym będzie lekcja.
- Eliksir miłości, powiadasz? – Dorcas zaciekawiona aż przyśpieszyła kroku. – A trudny do sporządzenia taki eliksir?
- Zdecydowanie nie na twoje możliwości Meadowes! – Wyszczerzyła się Mary, a Dorcas spojrzała na nią zgaszona.
- Wiecie, co? Zrobię sobie taki i zobaczycie, na co mnie stać! – odparła wyzywająco, po czym zarzuciła włosy i wybiegowym krokiem weszła do Sali Slughorna.
- Ciekawe, po co? – Alicja odpowiedziała z naciskiem na pierwsze słowo, po czym razem z dziewczynami weszła do klasy i zasiadła w ławce obok Meadowes.
- Bo widzisz, mam ochotę go na kimś wypróbować…
- Czyżby na Łapie? – Zachichotała Evans, która wraz z Mary siedziała w ławce przed nimi.
- Czy tu mowa o mnie? – Syriusz nagle ni z tą ni zowąd pojawił się w klasie wraz z resztą chłopaków.
Alicja posłała Frankowi przelotne spojrzenie, a Mary spuściła wzrok, by tylko nie mieć żadnego, choćby najmniejszego kontaktu z Remusem. Evans zaś cała się zaczerwieniła, gdy pojawił się James. Ale był jakiś inny. Nic nie powiedział, nawet się nie przywitał, tylko zasiadł w swojej ławce wtykając nos w podręcznik. To było do niego niepodobne. Może to przez to, że wczoraj odrzuciła jego zaręczyny? No, ale co mogła zrobić innego. Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos Dorcas.
- Black, och jak miło cię widzieć! – odparła z przekąsem, opierając się o krzesło.
- Ja też cieszę się ogromnie Meadowes! – Wyszczerzył się, po czym ruszył sugestywnie brwiami. – Jak tam wspomnienia po naszym pocałunku?
Alicja i Mary spojrzały zdziwione na Dorcas. Przedwczoraj nie były obecne, na jakże cudownej zemście Huncwotów, a Meadowes opowiadając im pominęła ten malutki szczególik.
- Całowaliście się?! – Mary wykrzyknęła tak głośno, że Krukoni w sąsiednich ławkach spojrzeli na nich spod podręczników.
- W życiu! – warknęła brunetka, ale Evans nie wytrzymała i zaczęła opowiadać im wszystko ze szczegółami, które oczywiście nigdy nie miały miejsca.
- Proszę zająć miejsca! – Nagle do Sali wszedł Slughorn, a Syriusz puszczając oczko do Dorcas zasiadł w swojej ławce tuż obok markotnego James.
- Zauważyliście, że Rogacz się tak dziwnie zachowuje? – spytała Mary.
- Podejrzewam, że to przez Evans. – Wyszczerzyła się, Dor, ale ruda zamiast odpowiedzieć spojrzała tylko smutno na Rogacza, który niestety nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem.
Slughorn, chwilę po tym odczytał na głos całe wypracowanie Evans, co zajęło mu trochę czasu, a następnie rozkazał sporządzić eliksir miłości.
- Myślicie, że Dorcas poleci na mnie jak ją tym nafaszeruję? – Syriusz przeleciał palcem po stronie z wielkim napisem AMORTENCJA.
- Co? – James nagle został wyrwany z zadumy.
- Egh…James, weź mnie wreszcie posłuchaj…- Syriusz wywrócił oczami.
- Nasz kochany Łapa chce, cytuje: „nafaszerować Dorcas Amortencją". – Remus powtórzył, a James spojrzał na niego lekko nieprzytomnym wzrokiem.
- Dobrze jak chcesz… - mruknął, a Huncwoci zmarszczyli brwi.
- Rogaczu, co się dzieje? – spytał Peter, ukrycie przemycając z plecaka fasolki wszystkich smaków.
- Miłość mnie zabija… - mruknął, a Łapa wraz z Lunatykiem wymienili pełne obawy spojrzenia.
- Możesz dokładniej? - poprosił Syriusz, lecz okularnik tylko westchnął kładąc się na ławce.
- Może zaczniecie robić ten eliksir? – Zauważył Peter zjadając zieloną fasolkę.
- Ty się o nas nie martw Glizdku…- Syriusz zmarszczył brwi. – Lepiej martw się o niego.
- Moi drodzy! – Slughorn znów się odezwał. – Zostało wam dwadzieścia minut.
Łapa spojrzał szybko na zegarek, a następnie przeniósł swój wzrok na Lupina.
- Pomożesz mi? – spytał z nadzieją w głosie.
- A jesteś tego pewien?
- Jak najbardziej! – Syriusz entuzjastycznie pokiwał głową.
- A nie wolisz…No wiesz, żeby sama się w tobie zakochała? – Lupin spojrzał znacząco na Blacka, ale ten tylko wyszczerzył zęby.
- Ona mnie kocha…Tylko jeszcze o tym nie wiem.
- Eh…- Lupin westchnął zrezygnowany. – Okej to dawaj tą książkę.
- Evans, chyba coś mi nie działa…- Meadowes spojrzała na zieloną substancję gotującą się w glinianym kociołku.
- Jeny Dor! Ile dałaś płatków irysa? – Lilka próbowała opanować sytuację.
- No 4!
- Trzeba 5! – Lily szybko dorzuciła składnik i celując różdżką w wywar wypowiedziała szeptem jakieś zaklęcie.
Substancja powoli zaczęła nabierać perłowego koloru, a tuż nad nią zamiast oparów pojawiły się białe spiralki.
- Pięknie dziewczęta! – skomentował Ślimak zaglądając do kotła gryfonek. – Eliksir wyszedł pierwszorzędny!
- Dziękuję. – Dor szepnęła do Evans, ale ta tylko kiwnęła głową i powróciła do sporządzania własnego wywaru.
- Zostało 5 minut! – krzyknął nauczyciel, po czum zbliżył się do stołu chłopaków.
- No Black, Lupin nieźle się spisaliście. – Spojrzał na eliksir, który nie wiele różnił się od poprzedniego. – Coś mi się wydaje, że te Owutemy jednak zdacie.
- Dziękujemy panie profesorze! – odparł Syriusz szczerząc się z zadowolenia, podczas gdy Slughorn ruszył w dalszy obchód.
Minęło kilka minut nim nauczyciel znów się odezwał.
- Zapraszam was tutaj z próbkami!
Syriusz szybko wyjął z plecaka dwie fiolki. Obie wypełnił po brzegi eliksirem, ale tą pierwszą położył na stoliku, a drugą zakorkował i wcisnął do plecaka. Jak najszybciej zaniósł ją nauczycielowi, a gdy zadzwonił dzwonek razem z przyjaciółmi opuścił klasę.
- Co dostaliście? – spytał Peter nadganiając przyjaciół, którzy zdążyli już dojść do wielkiej Sali na Lunch.
- Wu – mruknął Lupin zasiadając na swoim miejscu przy stole.
- A ty Rogaczu? – Glizdogon napierał.
- Te – odparł markotnie opierając się łokciami o stół.
Lupin, aż zachłysnął się sokiem.
- Trolla? – spytał z niedowierzaniem. – Nawet Syriusz miał lepszą ocenę!
Ale James nie odpowiedział. Pozostali Huncwoci wymienili zdziwione spojrzenia, po czym w napiętej ciszy zajęli się jedzeniem.
- Będziesz to jadł? – Peter spojrzał łapczywie na porcję okularnika, a gdy ten pokręcił smętnie głową Glizdek się ożywił. – Mogę? – spytał chwytając za talerz, a Rogacz pokiwał głową.
- James nie możesz tak! – Lupin spojrzał na niego z powątpieniem. – Musisz coś jeść, bo umrzesz z głodu.
- Prędzej umrę z miłości… - mruknął pocierając zmęczone oczy. – Chyba już pójdę.
- Zaczekaj! – Syriusz powstrzymał go ręką. – Może powiesz nam, co się dzieje?
- A co ma się dziać?
- Cały dzień dzisiaj jesteś jakiś taki…INNY…- Lupin spojrzał na niego znacząco. – Coś z Lily?
- To aż tak widać? – James poprawił okulary na nosie i wziął szklankę z wodą, którą podał mu Syriusz.
- Widać, że coś jest nie tak. – Czarnowłosy spojrzał przyjacielowi w oczy. – Powiesz nam, co się dzieje?
- Wczoraj oświadczyłem się Lily – mruknął pod nosem, ale chwilę potrwało nim do chłopaków dotarło to, co właśnie powiedział.
- Że co? – Syriusz wytrzeszczył oczy. – Żartujesz sobie?!
Rogacz pokręcił głową, po czym wypił łyka wody.
- Co ty, żeś najlepszego zrobił… - Lupin westchnął lekko zszokowany. – I co powiedziała?
- Nie zgodziła się… - mruknął. – Mogłem to przewidzieć.
- Ale przynajmniej próbowałeś, a nie tak jak nasz Lunatyk… - Syriusz wyszczerzył zęby.
- O co ci chodzi? – Remus wytrzeszczył oczy.
- Oto, że jesteś zakochany w Mary, a gówno z tym robisz.
- Jesteś zakochany w Mary? – Rogacz nagle ożył, a Peter opluł się sokiem.
- Jak to? – wrzasnął blondyn próbując jakoś zatrzeć ślady soku powstałe na szacie.
- Dzięki ci Łapo za dyskrecję…- Lupin spiorunował go wzrokiem. – Może mi się trochę podoba, ale nic więcej!
- Jesteś pewien? – spytał Peter z nadzieją.
- Tak.. – Zabrzmiało to niezbyt przekonująco, ale Glizdogon najwyraźniej mu uwierzył.
- A ty, co Glizdek taki zainteresowany, co? – Syriusz szturchnął go w bok lekko się śmiejąc.
- A nic, nic…- mruknął.
- Tobie tez podoba się Mary? – zapytał żartobliwie, ale Peter pokrył się przez to szkarłatnym rumieńcem, a reszta chłopaków umilkła czekając na odpowiedź.
- Nie, no co ty…- Zaśmiał się, ale zabrzmiało to jak tani żart, jednak żaden z Huncwotów wolał nie drążyć dalej tego tematu.
~*~
- Meadowes, która godzina?! – Alicja wydarła się z łazienki.
- Osiemnasta pięćdziesiąt! – odkrzyknęła jej brunetka. – A co?
- O dziewiętnastej mam spotkanie z Frankiem! – Wystawiła głowę zza drzwi. – Idziemy do Hogsmade!
- A ty Dor nie masz dziś korepetycji? – Zauważyła Evans wystawiając głowę zza książki.
- Na Merlina, zupełnie zapomniałam! – Szybko zerwała się z łóżka. – Muszę tam być o 19!
- Miłej lekcji! – krzyknęła Alicja, gdy Meadowes ruszyła biegiem w stronę wyjścia zagarniając po drodze bluzę.
- Wal się Stewart! – syknęła, po czym zniknęła na schodach.
Biegła szybko korytarzami, aż znalazła się na błoniach Hogwartu. Stamtąd udała się do składziku i spóźniając się raptem 15 minut stawiła się na stadionie.
- Wreszcie Meadowes! – Black przywitał ją z uśmiechem na ustach.
- Nie szczerz się tak! – Dor syknęła my prosto w twarz. – Jestem tutaj tylko z konieczności…
- Rozumiem cię i nie mam zamiaru cię dręczyć – odparł szybko, a jego twarz przybrała bardziej poważnego wyrazu.
- Że co? - Meadowes myślała, że się przesłyszała.
- Powiedziałem, że potraktujemy to jak zwykłą lekcję, a ja nie będę cię dręczyć.
- A gdzie haczyk, hę? – Dorcas nie wyglądała na przekonaną.
- Nie ma żadnego haczyka. – Syriusz rozłożył ręce w geście pojednania. – Po prostu mam dziewczynę i nie mogę już podrywać innych.
Dor wybałuszyła oczy. Dziewczynę? Nie wiedziała dlaczego, ale poczuła jakby ukłucie w sercu.
- A któż to taki? – spytała zakładając ochraniacze na łokcie i robiąc najbardziej obojętną minę na jaką było ja stać.
- Pewna dama ze Slytherinu! – odparł dumnie. – A teraz pozwól, że rozpoczniemy lekcję.
On woli jakąś babę, ze Slytherinu niż mnie- Dorcas zacisnęła pięści.
- Znakomicie, zaczynajmy – syknęła przez zaciśnięte zęby, po czy, dosiadła swojej miotły. – Od czego zaczniemy? – spytała powoli wzbijając się w powietrze.
- Może najpierw nauczysz się łapać kafel? – spytał z przekąsem, a ona zacisnęła zęby jeszcze bardziej.
- Myślisz, ze nie umiem złapać kafla?!
- No nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Ale zaraz się przekonamy!
Chwilę po tym piłka weszła do gry. Nim Dorcas się zorientowała przemknęła przed jej nosem i uderzyła w trybunę.
- Widzisz! – zadrwił z niej Syriusz. – To może teraz dojdzie tłuczek?
- Proszę bardzo! – wrzasnęła odlatując na bezpieczną odległość. – Teraz spróbuj mi strzelić gola!
-Oj strzeliłbym, strzelił. – Syriusz mruknął sam do siebie, po czym przejął kafla i pomknął w stronę pętli, których broniła Dorcas.
- No zobaczymy, jaki z ciebie chojrak! – krzyknęła pochylając się. Była gotowa na obronę.
Chwilę po tym Syriusz wyrzuciła kafla, który z zabójczą prędkością zbliżał się do dziewczyny. Już chciała go chwycić, wiedziała, że to obroni, gdy nagle z boku nadleciał tłuczek. Uderzył ją mocno w żebro, co spowodowało, że straciła równowagę i zleciała z miotły. Na szczęście było to tylko kilka stóp nad ziemią i nie obiła się aż tak bardzo.
- Ty debilu! – wrzasnęła do nadlatującego Blacka, wstając z ziemi i otrzepując ubranie z kurzu. – Chciałeś mnie zabić?!
- Wiesz co, nie pomyślałem o tym, ale to dobry pomysł. Dzięki! – Mrugnął do niej łobuzersko, a ona lekko kulejąc chwyciła swoją miotłę i ruszyła w stronę wyjścia ze stadionu.
- Wielkie dzięki! – krzyknęła na odchodnym.
- Ale Dorcas, ja tylko żartowałem! – Syriusz szybko ruszył za nią, aż zrównał się z nią krokiem.
- Ale śmieszne! – Dor spojrzała na niego, jej oczy były lekko zaszklone od łez. – Normalnie, w życiu się tak nie uśmiałam!
- No ej, przepraszam! Nie chciałem.
- Ty nigdy nie chcesz! – krzyknęła. – To, dlaczego ciągle robisz to samo?!
- Ale co?
- Właśnie to! – Po jej policzkach pociekły łzy.
-Ale Dor… - spojrzał na nią wywracając oczami. – Robisz z igły widły…
- Ja robię?! – krzyknęła. – Ja?! – A zaraz chwyciła bidon leżący na ławce i łapczywie zaczęła z niego pić.
- Hola, hola Meadowes! – Black zbliżył się do niej o kilka kroków wyrywając jej butelkę z ręki. – To moje!
- Już nie! – Z powrotem przechwyciła bidon i za jednym zamachem opróżniła całą jego zawartość. – Cały czas robisz mi, rzeczy, przez które cierpię! Mam dosyć! Myślisz, ze to takie fajne… - Nagle urwała, a na jej twarz powoli powracał błogi i niczym nie zmącony uśmiech. Black! – krzyknęła uradowana i rzuciła się Syriuszowi na szyję. – Kocham cię!
- Oj ja ciebie też! – Zaśmiał się dumny ze swojego chytrego planu.
- Wiesz, co? – Dor przygryzła wargę patrząc Łapie w oczy. – Mam na ciebie ochotę… - wymruczała.
- Ja na ciebie mam od początku piątej klasy kotku – szepnął jej na ucho, na co zaśmiała się słodko i złożyła na jego ustach namiętny pocałunek. – Chodźmy do szatni! – Wymruczała po miedzy pocałunkami.
- Nie ma sprawy! – Łapa szybko wziął ją na ręce i pobiegł w stronę chłopięcej przebieralni. Cicho otworzyli drzwi i skryli się w środku, by nikt im nie przeszkadzał.
- Wiesz, co? – Dor szepnęła mu na ucho zmysłowym głosem, siadając na kolanach. – Nie wiem, czemu wcześniej się tobą nie interesowałam.
- Widzisz jaki ten świat zaskakujący…- Syriusz wymruczał, gdy Dor zaczęła błądzić jedna dłonią po jego klatce piersiowej, a drugą przesuwała wzdłuż uda.
On za to też nie był jej dłużny i powoli zaczął wsuwać dłonie pod jej szatę dotykając jej jedwabistej cery.
Całowali się zachłannie zapamiętując każdą chwile i każdy skrawek ciała. Po chwili jednak Syriusz zaprzestał i odepchnął ją od siebie, sam nie widząc czemu. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, a on spuścił głowę.
- Dorcas, lepiej tego nie robić.
- Ale dlaczego? – Brunetka zrobiła minę małego, smutnego króliczka, a on powoli zsunął się z ławki siadając na podłodze.
- Dor, bo ty mnie nie kochasz – szepnął.
- Ależ kocham! – wykrzyknęła siadając naprzeciwko niego. – Bardzo mocno!
- Nie, tylko ci się tak wydaje…
- Nieprawda – szepnęła, a on spuścił głowę.
Poczuł, że źle postąpił. Nie chciał jej zdobywać w ten sposób. Wolałby, żeby naprawdę go kochała, a nie jak jest pod wpływem Amortencji. Lupin miał rację, to nie był dobry pomysł. Zachował się jak ostatni kretyn.
- Łapcio, skarbie, kocham cię… - Znów go pocałowała, lecz on stanowczym ruchem ja odepchnął.
- Wybacz kochana…- Wstał powoli z ziemi. – Musze już iść.
- Ale skarbie…
- Nie jestem twoim skarbem… - Zatrzymał się na chwilę w progu spoglądając smutno na brunetkę. – Chociaż bardzo bym chciał. – Po czym zniknął za drzwiami.
- Ale Syriuszu! – krzyknęła za nim, po czym wybiegła na korytarz. – Spotkamy się jutro?
- No dobrze – mruknął. – O ile będziesz pamiętać!
- Zawsze pamiętam o randkach! – Posłała mu całusa, a on zniknął w ciemnym korytarzu.
Randka to słowo rozbrzmiało mu w głowie. Idzie na randkę z Meadowes!
~*~
W tym samym czasie…
- Lily, pójdziesz ze mną do biblioteki? – Mary chwyciła stos książek leżący na biurku. – Muszę to odnieść.
- Nie, wolę zostać… - Spojrzała na przyjaciółkę spod podręcznika od obrony przed czarną magią.
- Jak chcesz… - Mary wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę wyjścia z wielką wieżą książek na rękach.
- Mary nie gniewaj się! – Lily krzyknęła jeszcze do niej, gdy stała w progu.
- Nie gniewam. – Uśmiechnęła się, po czym zniknęła na schodach.
Pokój wspólny był nieco zatłoczony i Mary musiała się przeciskać między uczniami wraz z chwiejącą się kupką książek, by dostać się do wyjścia.
- Mary! – Nagle usłyszała za sobą głos.
Obróciła się, a w tym samym momencie jakiś dzieciak z trzeciej klasy wpadł na nią. Blondynka wylądowała na ziemi przygnieciona przez stosy książek, a sprawca tego wszystkiego szybko się ulotnił.
- Mary! – Znowu usłyszała ten głos, a zaraz dostrzegła przeciskającego się do niej Remusa. – Nic ci nie jest? – Chłopak szybko uklęknął przy niej, pomagając jej wstać.
- Wszystko w porządku, dziękuję! – Otrzepała swoje ubranie z kurzu, który pokrywał cały dywan w pokoju wspólnym, a potem schyliła się po ksiązki.
Niestety Lupin pomyślał o tym w tym samym momencie i też się schylił.
- Ałć! – Mary syknęła, gdy niechcący zderzyli się głowami.
- Boże przepraszam! – Remus spojrzał na nią przestraszony. – Nic ci się nie stało?
- Nie… - Zaśmiała się, co sprawiło, że Lupin, aż oniemiał. Śmiała się chyba najpiękniej ze wszystkich osób, jakie znał. A dodatkowo była taka piękna.
- Daj pomogę ci! – Po chwili szybko zebrał wszystkie książki z ziemi. – Idziesz do biblioteki?
- Tak, muszę oddać te wszystkie książki pan… - Nie dokończyła, bo przerwał jej krzyk.
- Witajcie! – Nagle koło nich ni stąd ni zowąd pojawił się Peter. – Idziecie do biblioteki?
- Tak… - Lupin odpowiedział nieco zirytowany pojawieniem się przyjaciela.
- O, to ja chętnie pójdę z wami! – odparł szczęśliwy. – Daj Lupinie, ja wezmę te książki! – Już wyciągnął swoje karłowate ręce w stronę Lunatyka, lecz ten cofnął się o krok i zmarszczył brwi.
- Dziękuję Glizdogonie poradzimy sobie! – Mary wtrąciła się do rozmowy. – Ale jeśli tak bardzo chcesz nam w czymś pomóc, to przyniósłbyś może z kuchni czekoladę? – poprosiła uśmiechając się słodko.
Biedny Glizdogon tylko kiwnął głową i opuścił pokój wspólny.
- Tylko jej nie zjedz po drodze! – krzyknął za nim Lupin, za co Mary spiorunowała go wzrokiem.
- Dlaczego wszyscy jesteście dla niego tacy niemili?!
- To tylko Glizdek…Mary… - Lupin spojrzał na nią zdziwiony.
- Ale on też jest twoim przyjacielem!
- No tak, ale… - Lupin gorączkowo szukał jakiś argumentów. Skąd miał wiedzieć, że Mary tak bardzo obchodzi Peter?
- Wiesz, co? – Mary szybko odebrała chłopakowi ksiązki. – Sama sobie poradzę. Cześć!
Za chwile zniknęła w dziurze pod portretem, a Lupin wciąż stał zszokowany. Po chwili do pokoju wszedł zmarkotniały Syriusz.
- Cześć stary… - Czarnowłosy spojrzał na przyjaciela. – Mijałem przed chwilą Mary, o co poszło?
- O Glizdka… - odparł Lupin, a Syriusz wytrzeszczył oczy.
- Ale, że niby, co?
- Że niby go źle traktujemy. – Wzruszył ramionami. – A jak tam korepetycje i eliksir?
- W miarę dobrze. – Łapa lekko się skrzywił. – Ale mogło być lepiej.
- Czy ty i Dorcas…? - spytał miejąc nadzieję, że jednak między jego przyjacielem, a Dorcas nic nie zaszło.
- Nie – uciął krótko. – Powiedziałem jej, że nie chcę jej tak zdobywać w ten sposób.
Lupin wypuścił powietrze ze świstem spoglądając na niego z podziwem.
- No, no Łapo, jestem z ciebie dumny – odparł po chwili. – Czy to ten sam Syriusz Black?
- Weź mnie nawet nie dołuj… - Syriusz spuścił głowę, gdy oboje skierowali się w stronę dormitorium. – Nie wiem, co się ze mną dzieje…
- Może po prostu jesteś zakochany? – Lupin zasugerował, gdy oboje weszli do pokoju.
Syriusz jednak nie odpowiedział tylko rzucił się na swoje łóżko wbijając twarz w poduszkę.
- Za dużo wrażeń jak na jeden dzień… - westchnął.
- A jak było z Dorcas? – Nagle usłyszał głos Rogacza, którego wcześniej nie zauważył.
- Fajnie… - mruknął. - A co z Lily?
- Nie wiem, nie gadałem z nią od wczoraj. – Rogacz spojrzał smutny na przyjaciół. – Może czas sobie odpuścić?
- Ale, że niby co? – Lupin spytał rozsiadając się wygodnie na własnym łóżku.
- No z Lily… - Rogacz westchnął poprawiając okulary.
- Chcesz, żeby tyle lat starań poszło na marne? – Lupin spojrzał pytająco na przyjaciela, lecz ten tylko wzruszył ramionami.
- Nie wiem czy jest sens to dalej ciągnąć…?
- To już zależy od ciebie… - Syriusz po woli wstał z łóżka chwycił ręcznik wiszący na krześle.– Ale jeżeli kochasz ją naprawdę…
- Sam nie wiem. – Rogacz westchnął opierając się o drewniane obicie łóżka, podczas gdy Syriusz zniknął w łazience. – Skoro ona mnie nie chce…Może poszukam szczęścia gdzie indziej…
- A jesteś pewny, że je znajdziesz? – Lupin otworzył swoją torbę i wyciągnął z niej jakąś grubą księgę. – Miłość nie przychodzi od tak…
- Muszę próbować…Czy zostało mi jakiekolwiek inne wyjście? – Rogacz rozłożył bezradnie ręce. – Odrzuciła mnie…Ona nic do mnie nie czuje. Nie ma, co się oszukiwać. Przez ostatnie sześć lat wmawiałem sobie coś innego, ale najwyraźniej tylko się łudziłem.
- Sam musisz zdecydować. – Lupin usiadł na łóżku rozkładając książkę na kolanach.
- Sam… - James powtórzył starając się nie myśleć, o Lily.
Ale jego silna wola nie była wstanie odeprzeć natłoku wspomnień, które teraz nieubłaganie dawały o sobie znać. Każdy dzień spędzony z nią, każde słowo wypowiedziane z jej ust. Jej cudne szmaragdowe oczy i ognisto rude włosy. Wszystkie dni, kiedy się kłócili. To wszystko sprawiało, że nie potrafił zapomnieć. Nie potrafił zapomnieć o niej, nie potrafił przestać jej kochać, chociaż tak bardzo chciał.
~*~
Uliczki Hogsmade były puste. Słychać było tylko szum drzew i czyjeś stłumione głosy dochodzące z „Trzech mioteł”. Alicja i Frank szli główną ulicą trzymając się za ręce. Nagle w oknie w karczmie błysnęło zielone światło.
- Widziałeś to? – Alicja przestraszona schowała się za chłopakiem.
- Tak… - szepnął, a po chwili usłyszeli szyderczy śmiech i czyjeś kroki zbliżające się z naprzeciwka.
- Frank, kto to? – Alicja spytała wyciągając różdżkę.
- Nie wiem… - odparł również zaciskając palce na swojej. – Lepiej szybko stąd chodźmy…
Ale było już za późno. Postacie idące z naprzeciwko ucichły dostrzegając parę. Zbliżyli się o kilka kroków, a Frank rozpoznał w nich Śmierciożerców. Dostrzegł kuzynkę Syriusza – Bellatrix i Avery’ego. Było tez kilku innych, których nigdy wcześniej nie widział, ale nie było wątpliwości, dla kogo pracowali.
- Kogo ja widzę? – Bellatrix znów zakłóciła ciszę swoim szyderczym śmiechem.
- Alu uciekaj! – Frank szepnął jej na ucho, lecz ta nie słuchała.
Nie mogła go tu zostawić samego.
- No chodźcie tutaj… - Czarnowłosa zwabiała ich swoim słodkim i niewinnym głosem. – Pokażcie się sługom czarnego pana…
- Bella zostawi ich! – Nagle z grupy wyszedł potężny mężczyzna.
Frank od razu go rozpoznał. Był to Fenrir Greyback wilkołak, który przed laty pogryzł Lupina, przez co ten, co miesiąc staje się groźną bestią.
- Czego chcecie? – Frank zdobył się na spokojny, ale stanowczy głos.
- Greyback zostawmy ich, nie są nic warci. – Kolejny głos odezwał się z tłumu.
Tym razem jednak śmierciożerca się nie pokazał, ale Alicja była pewna, że gdzieś już ten głos słyszała. Za żadne jednak skarby nie potrafiła sobie przypomnieć gdzie…Chwilę potem zobaczyła błysk czarnych oczu. Severus.. – szepnęła.
Po chwili z różdżek popleczników czarnego pana posypały się zaklęcia. Na ciemnym sklepieniu nieba pojawił się mroczny znak. Alicja i Frank skorzystali z okazji i jak najszybciej ruszyli w stronę zamku. Biegli, gdy nagle dostrzegli na niebie jakieś zbliżające się na miotłach postacie. Aurorzy pojawili się w ostatniej chwili. Gdyby spóźnili się, choć o sekundę mogłoby być już za późno. Wszędzie migały zielone światła. Obraz stawał się coraz bardziej rozmyty. Po chwili Alicja całkowicie straciła przytomność i upadła na ziemię upuszczając różdżkę.
*♥♥♥*
Witajcie!
Rozdział 5 za nami Hura :D
A tak serio to według mnie to jeden z lepszych rozdziałów na tym blogu. Nie wiem jak wy sądzicie, ale mnie osobiście efekt końcowy zadowala :) Mam nadzieję, że ci którzy uznali moją fabułę za dosyć "prostą" przy następnych rozdziałach (jak i przy tym) doznają jakiejś dawki emocji i zaskoczenia :)
Ogólnie rzecz biorąc po raz kolejny straszliwie dziękuję za tu już: 5k wyświetleń i prawie 200 komentarzy (174 :P)!
Nie zanudzam tylko dedykuję rozdział Paulinie mojej :D Która mimo wrodzonego lenistwa czyta mój blog i zostawia na nim ślad w postaci komentarza :)
Oczywiście wam wszystkim też jestem ogromnie wdzięczna :)
Do następnego napisania!
Mania :*