sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 9 "Fałszywe oskarżenia"

Cisza.
Jakieś szmery.
James leżał na wznak, na łóżku wpatrując się w ciemność. Pani Pomfrey wyłoniła go ze skrzydła szpitalnego o 21, a on od ponad 2 godzin nie mógł zasnąć. Wciąż myślami był przy Lily. Już nawet nie wściekał się na Łapę, miał ochotę z nim pogadać, potrzebował go, a teraz, w tych najtrudniejszych momentach, byli skłóceni.
- Łapo? - szepnął, choć nie miał nadziei na to, że ktoś mu odpowie.
Syriusz spał już od godziny.
- Tak? - Ku zaskoczeniu Rogacza, Łapa odezwał się lekko sennym głosem.
James westchnął lekko, skoro już zaczął tą rozmowę, to musiał ją dokończyć.
- Przepraszam - odparł wciąż wpatrując się w ciemność.
- Przestań, nie ma, o czym mówić. - Syriusz westchnął.
- Wiem, że powinienem złapać tego znicza, ale coś mnie ciągle dręczyło…
- Rozumiem, nie musisz się tłumaczyć – odparł, a chwilę potem podłoga w dormitorium lekko zaskrzypiała. Łapą najwyraźniej wyszedł z łóżka. Za chwilę pokój wypełniło światło lampki a Rogacz syknął przymykając oczy.
- Zgaś, bo mnie razi! - zasłonił ręką twarz.
- Poczekaj, chce coś sprawdzić. - Wyjął z szuflady stary lekko pognieciony pergamin i rozłożył go na łóżku. - Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego.
Na pustym pergaminie zaczęły pojawiać się czarne litery, znaki i łączące się linie. Syriusz nie czekając aż pokryją cały pergamin, rozłożył go odpowiednio spoglądając na dormitorium dziewcząt.
- Chyba śpią - szepnął podekscytowany do Rogacza. - Mam pomysł...
- Syriuszu wybacz, ale nie mam ochoty na żarty. - James skrzywił się lekko spoglądając na przyjaciela. - Ale możemy zakraść się do Lily...
- Nie - odparł stanowczo Łapa. - James, nie możesz tam siedzieć przez cały czas. Spójrz na to, co się dzieje. Wciąż przesiadując w skrzydle nic nie zmienisz, ona nie obudzi się przez to szybciej. Zajmij się swoim życiem.
Rogacz spojrzał markotnie na przyjaciela. Syriusz miał trochę racji, ale on musiał, po prostu musiał przy niej być.
- A co z tą Liv? - Syriusz niespodziewanie wyskoczył z pytaniem.
- Och... - James zagryzł wargi, nieco zakłopotany. - Dzisiaj z nią gadałem, przed meczem. Mówiła, że słyszała, co się stało z Lily i gdybym chciał z kimś na ten temat pogadać to ona jest chętna.
- Chętna się znalazła. – Syriusz prychnął przeglądając bezmyślnie mapę. – Przecież jakbyś chciał z kimś pogadać, to wiadomo, że ja bym był pierwszą osobą w kolejce.
- Skromny, nie ma co. – James pokręcił głową wygodniej siadając na łóżku.
Syriusz tylko westchnął ciężko i już miał odłożyć mapę Huncwotów na półkę, gdy nagle jego wzrok zatrzymał się na planie błoni Hogwartu.
- James… - Przeniósł przerażony wzrok na przyjaciela. – James spójrz… - Podsunął mu mapę pod nos.
Rogacz szybko zerknął na mapę, a oczy coraz bardziej mu się poszerzały. Przez błonia Hogwartu pędziły dwie kropeczki. Pierwsza opatrzona imieniem Mary, a druga imieniem Remusa. Tuż za nimi biegł Peter, a cała trójka kierowała się w stronę zamku.

~*~

Biegła wciąż przed siebie i nawet nie śmiała się obrócić, by sprawdzić czy Remus wciąż ją goni. Dlaczego ona się nie przemieniła? Przecież wszystko wskazywało na to, że będzie wilkołakiem. Nawet Pani Pomfrey powiedziała, że to cud, że przeżyła, więc oczywiste było, że stanie się tym, kim był Remus. Potworem…kim strasznym, ale teraz nie mogła o tym myśleć. Nadal biegła. Opuściła już błonia wpadając przez ogromne wrota do zamku. Na chwilę się zatrzymała, by zaczerpnąć tchu, lecz zdała sobie sprawę, że to nie jest dobry pomysł. Dopadła do schodów, gdy Remus był już niecały metr od niej. To trwało ułamek sekundy i nagle…wilkołak utknął w fałszywym stopniu, dając Mary chwilę na zebranie myśli. Spostrzegła jak Glizdogon wpada tylko (jako człowiek) przez wrota i krzycząc coś o pomocy i biegnie w stronę Wielkiej Sali. Szybko zaczęła wspinać się po schodach. Bestia miotała się parę stopni niżej, ale z każdą sekundą jego uwięziona kończyna wysuwała się spod fałszywego stopnia. Mary nie wiedziała czy w końcu się uwolnił, bo biegła ile sił w nogach przez korytarz. Do pokoju wspólnego zostały jej jeszcze dwa piętra, już nie miała siły, ale wiedziała, że jak się zatrzyma Remus na pewno ją dopadnie…A tak ją zapewniał, że nie stanie jej się krzywda. Kilka łez spłynęło po jej, zaróżowionych od emocji, policzkach. Będąc już niecałe 10 metrów od obrazu Grubej damy zwolniła kroku i dysząc ciężko przeszła przez obraz. Teraz już jej nie dopadnie, jako wilkołak nie będzie w stanie podać hasła. Odetchnęła z ulgą i ruszyła w stronę dormitorium. Miała nadzieję, że Glizdogon zawiadomił już dyrektora i że nikomu nic się nie stało. Wyczerpana przeszła przez drzwi dormitorium, które zapiszczały przeraźliwie. Spostrzegła, że w pokoju pali się światło. Przeszła przez próg i zaraz usłyszała znajomy głos.
- O już wróciłaś? – Dorcas siedziała odwrócona do niej plecami i była zbyt skupiona na robieniu sobie pedikiuru by spojrzeć na przybysza.
- Yhym… - odparła Mary przekraczając próg. Alicji nie było w pokoju.
- Mówię ci ten lakier jest do dupy… - odparła przyglądając się swoim paznokciom. – A ty właściwie gdzie byłaś, co?
- U Remusa, właśnie przed nim uciekam… - Mary zaczęła, nie do końca pewna czy Dorcas ją słucha.
- Och…A co śmierdzi mu z gęby? – Brunetka spytała, chociaż nie do końca była świadoma tego, co mówi. Zbyt zajęta była robieniem sobie pedikiuru.
- Nie… - Mary uniosła lekko brew.
- No ej, przyznaj się, że ząbków nie umy… – Dor odwróciła się w końcu, tracąc nadzieję, na to, że lakier kiedyś wyschnie i ujrzała stojącą na środku pokoju blondynkę. – Boże, Macdonald! Myślałam, że to Alicja! Co ty tutaj robisz?
- Uciekam przed Remusem…Tak jak już mówiłam… - wzruszyła ramionami.
- A co się stał… - nie dokończyła, bo przerwał jej głos przyjaciółki.
- Mary! – W drzwiach pojawiła się Alicja. – Co ty tutaj robisz? Czemu się nie przemieniłaś?
- Boże dzisiaj pełnia! – Meadowes złapała się za głowę. – Zapomniałam! Mary, co ty tutaj robisz?
-Dorcas Meadowes jak mogłaś zapomnieć! – Alicja zakryła dłońmi twarz. – Cały dzień o tym rozmawiamy…
- Czy ja w końcu będę mogła coś powiedzieć?! – Mary wydarła się przekrzykując przyjaciółki.
- Tak, tylko… - W tym momencie usłyszały głośny trzask.
Wymieniły zaniepokojone spojrzenia i zbiegły szybko schodami do pokoju wspólnego. Z gardła każdej wyrwał się zduszony okrzyk. Pokój był spustoszony. Obraz grubej Damy zwisał bezwładnie z wielką dziurą na środku, a meble były poprzewracane. Przy wejściu stał profesor Slughorn i Minerva McGonagall. Tuż przy ich stopach leżał spetryfikowany Remus, a obok stał Glizdogon trzymający dzielnie różdżkę.
- Ja go trafiłem! – krzyknął uradowany, ale Mary tylko zakryła dłonią twarz.
Powoli uklękła przy sztywnym ciele zwierzęcia, który nadal, mimo że tak dziki i nieokiełzany, był miłością jej życia. Wtuliła się w jego miękką sierść, a po jej policzkach pociekły kolejne łzy.
Glizdogon stał z buzią szeroko otwartą, a jego oczy niemal wychodziły z orbit. Liczył na to, że Mary przywita go jako bohatera, a ona nawet słowem się do niego nie odezwała.
- Panie Pettigrew, proszę za mną i Pani Macdonald również. – Nagle wyrósł przed nimi dyrektor szkoły Albus Dumbledore. – Pani Pomfrey zaraz przyjdzie zabrać Pana Lupina, została poinformowana przez jego przyjaciół Jamesa i Syriusza. Proszę się nie obawiać – dodał widząc zrozpaczoną minę Mary. – Poppy dobrze się nim zajmie, a teraz proszę za mną!

~*~

Kolejny tydzień spędzony w Hogwarcie ciągnął się mozolnie. Powoli dochodził Listopad, co oznaczało zbliżającą się Noc Duchów, organizowaną, co rok w zamku. Tydzień przed uroczystością Mary dostała dokładną diagnozę swojego przypadku. Pani Pomfrey musiała codziennie ją badać i sprawdzać jak jej organizm zmienia się w raz z oddalaniem i przybliżaniem się pełni. W końcu po ponad tygodniu badań i wielu rozmowach z rodzicami Macdonald pani Pomfrey opowiedziała jej dokładnie, dlaczego, nie zmieniła się w wilkołaka w trakcie pełni.
- No i co? – Meadowes podniecona zagrodziła drogę Mary, która właśnie wychodziła ze Skrzydła Szpitalnego.
- No…to dzięki moim genom czy coś w tym stylu… - Blondynka wywróciła oczami.
- A możesz jaśniej? – Alicja spytała, ale głos miała lekko rozdrażniony. – Śpieszę się do
Franka…
- No chodzi o to, że wiecie…Zawsze dużo chłopaków zwracało na mnie uwagę…
- Skromna, nie ma co… - Prychnęła Meadowes, ale Alicja ją uciszyła.
- Kontynuuj proszę… - dodała po chwili.
- No i okazało się, że moja prababcia była wilą… - Mary zawiesiła głos. – I…
- To dlatego zabierałaś mi najlepsze ciacha w całej szkole! – Dorcas oburzała się wytykając przyjaciółkę palcem.
- Boże, błagam cię Dor, czy dasz mi dokończyć? – Blondynka spojrzała wyczekująco na przyjaciółkę, po czym po chwili ciszy zaczęła mówić dalej. – No, a teraz już niestety nie mam w sobie nawet kropelki krwi wili, ale dzięki temu, że wcześniej miałam jej trochę to ona ocaliła mnie przed zostaniem wilkołakiem…

~*~

Remus już dochodził do siebie po tak emocjonującej pełni, lecz tak jak zawsze nic nie pamiętał. Póki co, mógł wreszcie wyjść ze skrzydła szpitalnego. Gdy wychodził spojrzał raz w stronę łóżka swojej rudej przyjaciółki. Lily nie budziła się już od prawie trzech tygodni, co było bardzo niepokojące. Nawet nie chciał myśleć, jak w tej sytuacji musi czuć się James, który tak bardzo ją kocha. Już przeszedł próg, gdy nagle usłyszał zachrypnięty dziewczęcy głos:
- C-co się S-t-tało?
Odwrócił głowę i zobaczył, że Lily ma lekko otwarte oczy i patrzy na niego błagalnym wzrokiem. Podbiegł do niej jak najszybciej uśmiechnięty od ucha do ucha, a oczy miał lekko zaszklone od łez.
- Boże, Lily nareszcie, wiesz jak wszyscy się martwiliśmy? – Usiadł na krawędzi jej łóżka patrząc na nią z uśmiechem.
- Och…nic nie pamiętam…tylko to, że zabrałam ze spiżarni Slughorna…- urwała. – A potem już…
- Spokojnie już wszystko jest w porządku… - Remus pomógł rudej usiąść i oprzeć się na poduszce. – Może pójdę po Jame…
- Nie! – krzyknęła Lily i zaraz zakryła sobie dłonią usta. – Znaczy, nie, proszę nie idź…nie chcę go już więcej widzieć…
- Ale Lily…
- Proszę… - spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. – Wiesz, że gdyby nie on, wcale by mnie tutaj nie było. – Jej oczy lekko zaszły się łzami.
- No dobrze… - spojrzał na nią z politowaniem.
- Dziękuję – chlipnęła, a zaraz całkowicie zalała się łzami rzucając się mu na szyję.
Mocno się do niego przytuliła, a on, chociaż z początku zszokowany, zaraz odwzajemnił uścisk.
- Przepraszam, ale…J-ja tak nie potrafię… - szepnęła przez łzy. – Ja już mogę tak dłużej on mnie wykańcza…
- James? – spytał głaszcząc ją po głowie by trochę się uspokoiła.
Lily głośno załkała ukrywając twarz w jego ramionach. Pomyślała, że może to nie James jest jej pisany…może…
- Remus… - Nagle usłyszał za sobą znajomy głos, teraz pełen wyrzutu.
- Och… Jame…- nie dokończył, bo został brutalnie pchnięty na posadzkę.
- James, co ty wyprawiasz? – Lily pisnęła kuląc się na łóżku, całkiem zszokowana tym nagłym pojawieniem się Pottera.
- Teraz będziesz się z nim prowadzać tak? – krzyknął podchodząc do Remusa i kopiąc go w brzuch.
Lupin po kolejnym ciosie próbował wstać, ale Potter przygwoździł go do podłogi.
- Spróbuj się do niej zbliżyć… - szepnął mu na ucho.
- Potter, ja nie jestem twoją własnością! – Lily krzyknęła, gdy ten skierował już swoje kroki w stronę wyjścia zostawiając leżącego Remusa na podłodze, ale ona nawet na nią nie spojrzał.
Opuścił skrzydło, a zaraz pojawiła się w nim pani Pomfrey, która zwabiona krzyżykami biegła aż z Wielkiej Sali.

~*~

- Nie poszłaś do Lily? – Remus spojrzał na Mary wchodząc do pokoju wspólnego, wciąż obkładając sobie lodem obolałą szyję.
- Nie – odparła krótko.
- Mary, coś się stało? – spytał siadając obok niej na kanapie. Chciał ją przytulić, ale ona odepchnęła go.
- Zostaw mnie… - szepnęła wstając i ruszając w stronę schodów prowadzących do dormitorium.
- Mary, co się dzieje? – Remus wstał i poszedł w jej ślady.
- To się dzieje, że… - odwróciła się do niego twarzą, gdy stali już na pierwszym stopniu. – że…- Ale nie potrafiła dokończyć. Chciała go uderzyć, chciała, by poczuł się tak jak ona się teraz czuła, ale tylko pokręciła głową, a po jej policzkach pociekły łzy. Nic nie mówić wbiegła do dormitorium zostawiając Remusa samego.

~*~

Minął kolejny dzień, a on wciąż nie wiedział co ma robić, czuł się tak okropnie. Przecież nie zrobił nic złego. Lily była tylko jego przyjaciółką, jak James mógł pomyśleć, że coś ich łączy. I jak mógł jeszcze o tym powiedzieć Mary, chociaż nie miał żadnych podstaw.
 Kopnął kamień, który z pluskiem wpadł do wody, kiedy nagle usłyszał znajomy głos, dochodzący zza wierzby.
- Mary? – krzyknął podbiegając kawałek i ujrzał samotnie siedzącą blondynkę z twarzą ukrytą w książce. Ćwiczyła formułki jakiś nowych zaklęć.
- Och…To znowu TY… - odpowiedziała oschle, po czym znów schowała się za książką.
- Mary, ja chcę tylko pogadać… - Remus spojrzał na nią z nadzieją, a ona wzdychając ciężko odłożyła gruby tom na trawę.
- O co znowu chodzi?
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi… - zaczął. – Dlaczego wierzysz mu, a nie mi?
- Bo mam takie prawo.. – odparła dobitnie. – Wierzę mu, ponieważ on jeszcze nigdy mnie nie okłamał…
- A ja ciebie okłamałem?! – Remus nie krył swojej rozpaczy, wszytko się waliło, dosłownie wszystko i to z tak błahego powodu.
- Tak… - Mary szepnęła próbując zachować stanowczy ton głosu, lecz cała już drżała.
Byli tak blisko, po raz kolejny…
- Kiedy? – spytał naprawdę szczerze.
- Obiecałeś, przed pełnią, że mnie nie skrzywdzisz… - szepnęła powstrzymując łzy. – Ale nie dotrzymałeś obietnicy… - Szybko chwyciła książkę i jak najszybciej odeszła zostawiając go samego po raz kolejny.
Czuł się jeszcze gorzej niż przed tą rozmową. Odrzuciła go, po raz kolejny.

~*~
 Minął kolejny tydzień, a to oznaczało, że właśnie dzisiaj wypadała noc duchów. W całym zamku panowała wesoła atmosfera, a większość starszych uczniów pomagała w rozwieszaniu dekoracji.
- Co się dzieje z Remusem i Mary? – spytała Dorcas, wieszając przy stole nauczycielskim ozdobną dynię z wyciętym uśmiechem.
- Nie rozmawiali ze sobą od tygodnia…Nikt nie wie, o co chodzi… - Alicja wzruszyła ramionami zdobiąc stoły serpentyną.
- Byli już razem, a nagle wszytko BUM i koniec! – Meadowes zaprezentowała wielkie „bum” rękami.
- Oni byli razem? – Lily spytała zdziwiona.
Przez to, że była nieprzytomna przez tak długi czas wiele jej umknęło i wciąż musiała zadawać pytania.
- Tak, bo wiesz w trakcie tej niby pełni… - Alicja zaczęła tłumaczyć. – To oni się pocałowali i ogólnie było wszytko pięknie i cacy i nagle nie mijają dwa tygodnie jak zaczynają się kłócić. Żadna z nas nie wie co się dzieje, bo ani Mary, ani Remus nie chcą nic powiedzieć.
- A kiedy zerwali? – Lily zaczęła obawiać się najgorszego.
- W dzień kiedy się obudziłaś… - Dorcas westchnęła. – No, ale to nie zmienia faktu, że nie wiemy, dlaczego zerwali.
- To przeze mnie… - Lily szepnęła łapiąc się z głowę. – To moja wina…
- Co ty bredzisz Evans, przecież dopiero co się wtedy ocknęłaś. – Alicja postukała się palcem w głowę.
- No właśnie, to był ten dzień…To wszystko moja wina…
- Lily błagam… - Dorcas zaczęła, lecz Ruda jej przerwała.
- Muszę, wam wszystko wyjaśnić…. – I opowiedziała im o dniu, w którym to wszystko miało miejsce.
- Cholera, przecież miedzy wami nic takiego nie było! – oburzała się Dor.
- Właśnie w tym rzecz…. – Ruda westchnęła zrezygnowana. – No i co ja mam zrobić?
- Nie wiem co ty zrobisz… - Dor wypięła wojowniczo pierś. – Ale ja idę porozmawiać z Jamesem, bo tak dłużej być nie może.
I wymaszerowała z Wielkiej Sali.
Powoli zbliżał się wieczór, a raz z nim uczta z okazji nocy Duchów, ale Dorcas jakoś się tam nie śpieszyło. Siedziała na łóżku w dormitorium pochłonięta rozmyślaniem.
Rozmawiała z Jamesem i próbowała mu powiedzieć, że to co wiedział, Remusa i Lily, że między nimi nic nie było, ale on tylko zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Potem jak jeszcze próbowała go złapać na korytarzu to wszędzie chodził z tą całą Liv z Ravencalwu. Zauważyła, że ostanie tygodnie były dla nich wszystkich bardzo ciężkie, zwłaszcza dla Remusa i Mary i Lily i Jamesa. Mimo, że ona często wściekała się na Blacka, to ich problemy były niczym przy tych, które mieli ich przyjaciele.
Chciała już przerwę świąteczną…Miała dość szkoły. Chciał wrócić do domu, odpocząć i…I móc porozmawiać z rodzicami…Ale to na końcu.
Potarła zmęczoną twarz i wygodniej usiadła na łóżku. Wzięła pierwszą lepszą książkę z kufra i otworzyła ją na losowej stronie. W trakcie przerzucania kartek ze środka wypadł jej złożony liścik. Odwinęła go i od razu rozpoznała i pismo i sam list. Dostała go już jakiś czas temu od Dumbledore, a jego treść dokładniej wyjaśniała, na czym polegać ma „posiedzenie na temat Walk kontynentalnych”. Mimo, że czytała ten list codziennie to wciąż pewnych rzeczy nie rozumiała, więc rozwinęła go po raz kolejny i zagłębiła się w jego treści.

Szanowna Panno Meadowes,

Zapewne wie już pani, że wraz z Remusem Lupinem, została pani oddelegowana do pewnej sprawy, której waga jest niesamowicie wysoka. 15 listopada Pani, pani towarzysz i szóstka uczniów z innych domów, wybierzecie się wraz ze mną do ministerstwa Magii. Nim to jednak nastąpi, musimy dokładnie omówić pewne kwestię i opracować technikę, oraz argumenty, którymi poprzemy naszą teorię. Ale wszystko w swoim czasie.
Czym są walki Kontynentalne?
Otóż, najprościej to wytłumaczę w ten oto sposób. My jako państwo – Wielka Brytania, mamy swój i własny sposób na wyłapywanie Śmierciożerców ( niekoniecznie słuszny). Nasz minister Harold Minchum, jest za zwiększeniem ilości Dementorów wokół Azkabanu. Jest to jakiś sposób, lecz skoro Lord Voldemort rośnie w siłę, naszego więzienia powinien pilnować ktoś, kto jest na tyle zaufany, że nie przejdzie na jego stronę. A Dementorzy do takich istot z pewnością nie należą, wręcz przeciwnie z chęcią przyłączą się do Sama-wiesz-kogo, gdy będą miały taką szansę. Natomiast Minister Magii Stanów Zjednoczonych i całej Ameryki Północnej, do których Azkaban również należy, proponują, by zamiast wyłapywać Śmierciożerców i zamykać ich w więzieniu, od razu ich zabijać. Uważają, że to najpewniejszy sposób, na pokonanie Voldemorta. I właśnie taki spór istnieje teraz między dwoma kontynentami: Ameryką Północną i Europą, a naszym zadaniem jest wymyślenie takiej strategii pokonania Czernego Pana, by oba te kontynenty pogodzić. Ja wciąż się jeszcze nad tym zastanawiam i Panią również o to proszę. Spotkanie wszystkich przedstawicieli i omówienie ich pomysłów będzie miało miejsce 5 listopada, myślę, że czasu nam starczy!
~Z poważaniem Albus Dumbledore.

Sama nie była pewna, ale chyba wreszcie udało jej się wszytko zrozumieć, przynajmniej to było pocieszające, gdy wokół działo się tyle złego.

~*~

Zeszła schodami do opustoszałego pokoju wspólnego, zerkając przy okazji na tablicę ogłoszeń wywieszoną przy wejściu. Wszyscy uczniowie z siódmych klas, którzy w zeszłym roku nie zdali, bądź zdać nie mogli z powodu zbyt młodego wieku, mogą przystąpić do egzaminów z teleportacji, które odbędą się na początku Grudnia. Dokładny termin miał zostać podany.
Dorcas westchnęła. W zeszłym roku nie chciało jej się przystępować do egzaminu, ale jak patrzyła czasem na Syriusza, który w wakacje wciąż się aportował z pokoju do pokoju, by tylko zrobić jej na złość, sama zapragnęła posiadać licencję.
Po chwili znalazła się w Wielkiej Sali. Małe okrągłe stoliki stały na jej środku zawalone ogromnymi miskami, z przeróżnymi potrawami. Gdy szła, wzdłuż Sali czuła się jakoś nieswojo, inaczej. Przeszła właśnie koło stolika, przy którym siedział James, lecz tuż obok niego nie było Lily, lecz śmiejąca się w głos Liv. Ruda za to siedziała dwa stoliki dalej prowadząc poważną rozmowę z Remusem, widocznie musiała go przepraszać. A prawie na samym końcu Sali siedziała Mary, wraz z Peterem. Gdy Dor doszła do ostatniego stolika zobaczyła siedzącego przy nim Syriusza, on był sam. Przynajmniej to zostało po staremu – pomyślała, po czym uśmiechając się od ucha do ucha przeszła całkiem obojętnie obok jego stolika.
- Och, Dorcas! – zerwał się miejsca. – Ja chciałem cię przeprosić…
- Oj, Black. – Dorcas westchnęła wywracając oczami. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć…
- Czyli, że mi wybaczasz? – spytał z nadzieją w glosie.

- Nie, no co ty! – Dor zaśmiała się obdarzając go zalotnym spojrzeniem. – Żebym ci wybaczyła, musisz się bardziej postarać! – Posłała mu w powietrzu całusa, po czym robiąc piruet odeszła do stolika obok.

*♥♥♥*

Witam!
Wracam z lekko nie zbetowanym rozdziałem...Ale i tak dzisiaj napisałam ponad połowę tego rozdziału.
Przez cały ostatni miesiąc prawie siedziałam na dupie i napisałam zaledwie 2 strony w Wordzie, aż dzisiaj weszłam i dopisałam pięć :) Ogólnie wybaczcie, że tak długo trzeba było czekać, ale szkoła, ostanie oceny itp. Ogólnie muszę się jeszcze starać na 6 z angielskiego...Trudne mam życie po prostu :C
Ale ogólnie zbliża się półrocze bloga! I z tej okazji może przygotuję małą niespodziankę, jeśli pozwolą mi na to okoliczności :)
A co do treści rozdziału...Wiem, że nie powala, ale ostatnio mam dość trudny okres w życiu i ogólnie, to, że cokolwiek napisałam jest cudem :C
Liczę na wasze komentarze :)
Co do Spamownika, od pewnego czasu mam tak zawalony, że już nie nadążam, więc jak ktoś mnie zrosił już do siebie na kolejny rozdział, to na koniec komentarza proszę się przypomnieć :) 
Do napisania Mania!



wtorek, 12 maja 2015

Rozdział 8 cz.2 "Pierwsza Pełnia"


Ciemnowłosy chłopak z okrągłymi okularami na nosie siedział samotnie na łóżku szpitalnym. Jego dłoń zamknięta była wokół dłoni dziewczyny leżącej bez oznak życia tuz obok. W skrzydle szpitalnym, o tej godzinie, było już pusto. Powoli zbliżał się czas kolacji, co oznaczało, że siedział tu już ponad 3 godziny. Ale nie chciał wracać. Gdyby teraz poszedł do Wielkiej Sali pewnie znów spotkałby się z pretensjami ze strony Syriusza i reszty drużyny. Zresztą nie dziwił im się. Byli na niego źli, bo w końcu to on spartolił tą robotę, ale nie miał ochoty wysłuchiwać ich narzekań i tłumaczyć się, dlaczego nie złapał znicz. Wolał zostać tutaj, przy osobie, którą kochał ponad życie. Chociaż ona nigdy nie odwzajemniała tego uczucia. Wiadomo Dorcas mówiła, co innego, ale czy mógł jej tak po prostu uwierzyć? Lily odtrącała go odkąd pamiętał, więc co mogło się wydarzyć, że tak nagle by go pokochała. Wolną dłonią przeczesał sobie włosy i jeszcze raz spojrzał na Lily. Była naprawdę piękna, zwłaszcza teraz, kiedy spokojnie leżała, oczy miała zamknięte, a rude kosmyki opadały wzdłuż jej gładkich ramion. Tak wiele by dał, by wreszcie się obudziła. Obudziła i może wreszcie go pokochała.

~*~

-Idziecie na kolację? - Dor podniosła zmęczoną twarz znad podręcznika od zielarstwa.
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz tak zakuwała.
- Idziecie? - Alicja uniosła brew,  odkładając na półkę Zaklęcia dla Ambitnych. - Jesteśmy tutaj tylko we dwójkę.
- Ciągle zapominam... - mruknęła powoli wstając z łóżka. - Stopa mi zdrętwiała...
- Może pójdziemy do Lily? - wtrąciła Al również wstając. - Wiem, że byłyśmy po meczu no, ale...
- Nie ma sprawy. - Dor lekko się uśmiechnęła. - Ale mam nadzieję, że niedługo się obudzi...- dodała, gdy zaczęły schodzić schodami do opustoszałego pokoju wspólnego.
- Co tutaj tak cicho? - Alicja wytrzeszczyła oczy. - Przecież...
- Mecz.. - wtrąciła Dorcas, a ku jej uldze nie drążyły dalej tego tematu.
W ciszy szły korytarzem, każda rozmyślając o czymś innym. W końcu, po niecałych pięciu minutach, znalazły się przy drzwiach od skrzydła szpitalnego.
Dor cichutko nacisnęła klamkę i pchnęła ogromne dębowe drzwi. Korytarz wypełnił okropny pisk i trzeszczenie starego spróchniałego drewna. Widać było, że tych drzwi dawno nikt nie oliwił. Alicja rozejrzała się czy nikt na korytarzu tego nie usłyszał, po czym ostrożnie przeszła przez próg tuż za Dorcas. Już prześlizgnęły się przez połowę komnaty ,niezauważone przez panią Pomfrey, gdy nagle Dor zatrzymała się. To samo nakazała przyjaciółce.
-Spójrz - szepnęła, po czym obie wychyliły się zza parawanu, który je osłaniał.
Teraz obie patrzyły na te scenę, prawie ze łzami w oczach.
Wymieniły kilka spojrzeń, po czym jeszcze raz przeniosły wzrok na łóżko szpitalne Lily.
Na jego brzegu siedział nie kto inny, jak Rogacz. Jedną ręką trzymał mocno Lily, jakby się bał, że mu ucieknie, a drugą zasłaniał sobie mokrą od łez twarz. Widać było, że nie znosi tego dobrze. Dor chciała do niego podejść, poklepać go po ramieniu, pocieszyć. Teraz, kiedy
pomyślała sobie, o przegranym meczu to była bardziej zła na Syriusza niż na Rogacza. Dlaczego Łapy tutaj nie było? Przecież powinien wspierać swoich najlepszych przyjaciół. Ale nie, bo dla niego liczy się tylko Quidditch i tanie Laski. Przeklnęła go za to w duchu i ruszyła
w stronę zrozpaczonego Rogacza, lecz została powstrzymana przez Alicję.
- Zostawmy go samego – szepnęła.
- Ale… - Dor urwała i tylko posłusznie kiwnęła głową.
Ala miała rację, niech pobędzie trochę z Lily sam na sam.

~*~

Dziś pełnia, Dziś pełnia…
Mary w duchu wciąż powtarzała te same słowa. Przeczytała wszystkie książki mówiące o tym, co robić, by opanować agresję w trakcie przemiany, lecz nadal nie czuła się pewnie. To była jej pierwsza pełnia, więc pewnie dlatego czuła się tak źle, ale to wcale nie poprawiało jej humoru. Bardziej bała się o reakcję Remusa, gdy we Wrzeszczącej chacie będzie razem z nim drugi wilkołak.
Zawsze byli z nim Syriusz, James i Peter, a teraz już tylko Glizdogon zostanie z nimi, by w razie potrzeby odciągnąć od siebie dwa wściekłe wilkołaki. James cały dzień przesiedział u Lily i ani myślał opuszczać skrzydło szpitalne, zaś Syriusz był w okropnie podłym nastroju i nie miał ochoty niańczyć dwóch wilkołaków. Zawsze otuchy dodawało jej przynajmniej to, że będzie z nimi Glizdogon, ale on…on był tylko szczurem, jak ma powstrzymać jednego wilkołaka, co dopiero dwa?
Mary nawet nie chciała o tym myśleć. To nie pierwsza pełnia Lupina, na pewno nad sobą zapanuje…nadal rozmyślała siedząc nad brzegiem jeziorka.
Było już dobrze po 22, a pełnia z każdą minutą zbliżała się nieubłaganie. Wiedziała, że to się musi stać, w końcu już nie była zwykłą dziewczyną…Po jej policzkach pociekło kilka łez, ale już się nie bała.
- Mary? – Ktoś położył jej rękę na ramieniu.
- Och, witaj Glizdogonie. – Odwróciła twarz ukradkiem ocierając łzy.
- Jesteś gotowa? – spytał siadając tuż obok i obejmując ją czule ręką. – Wszystko będzie dobrze, nie pozwolę by ciebie skrzywdził.
Mary zaśmiała się przez łzy.
- Glizdogonie, o to się nie boję. Remus jest już doświadczony w tych sprawach. Bardziej obawiam się tego jak ja zareaguję, jak zareaguje mój organizm, ale jestem dobrej myśli.
- To dobrze.. – mruknął, bo żadna inna odpowiedź nie przychodziła mu na myśl.
Mary jakoś tak dziwnie mówiła, jakby dostojniej i bardziej elegancko. Tak jak się mówi w bogatych domach.
Chwilę siedzieli w ciszy, aż w końcu Peter zebrał w sobie odwagę i zadał pytanie, które zaczęło go już trochę męczyć.
- Czemu tak dziwnie mówisz? – spytał z niekrytą ciekawością.
- Och. – Mary poczerwieniała lekko na twarzy. – Ćwiczyłam sobie tylko, bo chciałabym być w przyszłości dziennikarką.
- A co to takiego? – Glizdogon zmarszczył brwi i wytężył mózg, ale za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, co to jest „dziennikarka”.
- To taki mugolski zawód. – Mary poczerwieniała jeszcze bardziej. – Jeździ się po świecie, pisze reportaże z różnych światowych wydarzeń…Czasem też pokazują cię w telewizji.
- A co to „telewi… - Peter czuł się coraz głupiej, kiedy zdał sobie sprawę, że nic nie wie o mugolach.
Na szczęście, z tej sytuacji, wyratował go Remus, który pojawił się na błoniach siadając po prawej stronie Mary.

~*~

Od pewnego czasu Dor dość często rozmyślała nad słowami Czarnego Pana. Czy naprawdę zabił jej prawdziwych rodziców? Nikomu o tym nie mówiła, chociaż ta informacja trochę ją przytłaczała. Ale czekała cierpliwie na przerwę świąteczną, kiedy będzie w domu i kiedy będzie miała szansę pogadać z rodzicami na ten temat. Musiała znać prawdę. Chociaż wiedziała, że to nic nie zmieni, to ONI będą jej rodzicami zawsze nie zależnie od tego czy biologicznymi.
Od wczoraj też ciągle przypominał jej się sen Syriusza, w którym to widział umierającego Jamesa. Ale przecież to jakaś bzdura, tak samo jak to, że Łapa miał by być zbiegiem z Azkabanu. Może i miał swoje wady, ale nigdy by nikogo nie zabił. Czasem Dorcas zdawało się, że zna go nawet za bardzo.
- Dor, jesz? – Nagle z zamyślenia wyrwał ją spokojny głos Alicji.
- Och, tak – odparła rozglądając się po stole pełnym jedzenia.

~*~

Po kolacji dziewczyny udały się do dormitorium, po drodze nie odzywając się do siebie nawet słowem. Obie były w markotnym nastroju i nie miały ochoty rozmawiać o czymkolwiek, lecz gdy były już w pokoju wspólnym Alicja zatrzymała się przed tablicą ogłoszeń.
- Dor, spójrz! – Wskazała ręką na największe ogłoszenia, które zasłaniało całą resztę. – Tutaj jest twoje nazwisko.
 Meadowes niechętnie zbliżyła się do tablicy obrzucając ją jednym dość znudzonym spojrzeniem, lecz po chwili zaczęła się wczytywać w ogłoszenie pisane ręką Albusa Dumbledore’a.

DELEGACJE UCZNIOWSKIE W SPRAWIE WALK KONTYNENTALNYCH.

Dnia 15 listopada wydelegowani uczniowie udadzą się wraz z dyrektorem szkoły do Ministerstwa Magii, by wziąć udział w posiedzeniu na temat Walk Kontynentalnych.
Konferencja będzie polegała na przedstawieniu jak najlepszej opcji, dzięki który można zapobiec Walk Kontynentalnych, które ostatnimi czasy stają się coraz bardziej uciążliwe.
Zacięte walki trwają głównie między czarodziejami z Ameryki i Wielkiej Brytanii.
Naszym zadaniem będzie sporządzenie jak najbardziej korzystnej ugody i przedyskutowanie sprawy z Ministrem Magii WB i Ministrem Magii Ameryki.
Z każdego domu w naszej szkole zostanie wydelegowanych dwóch uczniów – czarodziej i czarownica, którzy jako para będą reprezentować swój dom, a całą ósemka szkołę.
Z poszczególnych klas wybrani zostali:




Gryffindor

 Remus Lupin
 Dorcas Meadowes

Slytherin:

Severus Snape
Ariana Parkinson

Ravenclaw:

Gilderoy Lockhart
 Sybilla Trelawney

Hufflepuff:

 Nicolas Macmillan
Amelia Bones


~Z poważaniem Albus Dumbledore

- Niby, dlaczego to mam być ja? – Dor spojrzała na Alicję błagalnym wzrokiem. – Czemu nie ty, czemu nie Mary? Czemu nie Lily?
- Lily jest w szpitalu, a Mary ma swoje problemy. – Al poklepała Dor po placach. – A ja…
Dorcas spojrzała na nią wyczekująco.
- Ja…Dumbledore nie chciał mnie wziąć…
- Ale dlaczego? – Dor uniosła ręce, gdy skierowały swoje kroki w stronę dormitorium. – Uczysz się o wiele lepiej niż ja, jesteś bystra, mądra, wiele potrafisz…
- To nie ma już znaczenia. – Alicja przerwała jej, gdy zaczęły wspinać się po schodach. – Jedziesz ty i kropka.
- Ale co ja mam tam niby zrobić? Czy my będziemy się jakoś przygotowywać czy pojedziemy tam i kompletnie nie będziemy mieli pojęcia, o co chodzi?! – krzyknęła rzucając się na łóżko. - Jakieś durne Walki Kontynentalne, też mi coś!
- Dor uspokój się! – Przyjaciółka usiadła naprzeciwko niej. – Myślę, że odpowiedzi na wszystkie swoje pytania znajdziesz tam. – Wskazała na duże okno, w które śnieżnobiała sowa zawzięcie stukała dziobem.

~*~

Zostało im nie całe 15 minut, a z każdą sekundą odwaga Mary spadała, choć wiedziała, że Remus jest przy niej.
Siedzieli we wrzeszczącej chacie we trójkę. Glizdogon zmieniony w szczura siedział na stole podgryzając drewno, a Lupin i Mary zajęli miejscy na łóżku. Dzielił ich prawie metr, lecz nagle niespodziewanie Remus przysunął się do blondynki tak, że teraz stykali się ramionami.
- Mary… - szepnął. – Chcę żebyś wiedziała, że bez względu na to, co się dzisiaj wydarzy, jesteś dla mnie najważniejszą osobą w życiu.
Macdonald lekko spłonęła rumieńcem i by to ukryć odwróciła głowę.
- Remusie… - odparła po chwili spoglądając mu głęboko w czekoladowe oczy.
Zawiesiła głos. Musiała zebrać myśli, chciała jak najlepiej wyrazić to, co czuła.
Glizdogon teraz zaprzestał podgryzania stolika i wpatrywał się w nich, a w jego szczurzych oczach odczuć się dało ognistą zazdrość.
- Ja… - Mary zaczęła mówić, lecz Remus położył jej palec na ustach.
Wpatrywał się w jej piękne oczy, które teraz zaszklone były od łez, ale to nie zmieniało faktu, że dla niego Mary była najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Patrzyli się tak na siebie przez wiele sekund. Upajali się swym widokiem. Remus sam nie wiedział skąd nagle wzięło się w nim tyle odwagi, ale czuł, że to jest ten odpowiedni moment, że już lepszej okazji nie będzie.
Mary już ponownie otworzyła usta by coś powiedzieć, gdy Remus pokręcił głową i nim ona zdążyła zaprotestować pocałował ją z czułością.
Gdy cofnął się spojrzała na niego zszokowana, ale jej oczy, aż płonęły ze szczęścia, a w serce zaczęło szybciej bić. Nim ponownie się pocałowali rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę Glizdogona, który siedział na stoliku z szeroko otwartą mordką. Jego ciało lekko drżało z bezsilnej złości.
- Mary… - Remus szepnął jej na ucho, gdy wreszcie się od siebie oderwali. – Kocham cię…
Uśmiechnęła się sama do siebie, to był chyba najpiękniejszy wieczór w jej życiu, nigdy by się nie spodziewała, że ktoś taki jak Remus Lupin ją zechce.
Jeszcze raz na niego spojrzała, gdy nagle ich pokój wypełnił srebrzysty blask. Pełnia się rozpoczęła, była północ. Glizdogon szybko zeskoczył na podłogę, chowając się pod stołem.
Mary zdezorientowana zamknęła oczy, by szybko zebrać myśli. Wzięła głęboki wdech, a tuż obok usłyszała już przeraźliwe krzyki Remusa. Jego przemiana się rozpoczęła, zaraz też i ona zacznie się zmieniać. Czekała aż i ją przeszyje okropny ból, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Otworzyła szybko oczy. Tuż obok niej siedział wielki wilk, szczerzący kły, które teraz ociekały mu śliną. Mary przerażona spojrzała na swoje dłonie, lecz one się nie zmieniły.
Nadeszła pełnia, a ona nie uległa przemianie.

*♥♥♥*

Witajcie!
Rozdział jest :)
Nawet mi się podoba (to nowość XD)!
Pełnię urwałam, mimo błagań Panienki Livvi :D Będę sadystką XD BUHAHAHAHA!
Mam nadzieję, że mój pomysł was nieco zaskoczył :D
A Walki Kontynentalne lepiej wyjaśnię w kolejnych rozdziałach :)
A myślę, że rozdział mam prawo komuś dedykować :)
Laughing Queen :)
Dziękuję za wspaniały komentarz i podziwiam cię, że dałaś radę przeczytać te wszystkie 8 rozdziałów :D Ja chyba bym padła z nudy XD
Wszystkim innym również ogromnie dziękuję :)
Teraz liczę tylko na kolejne komentarze, które dadzą mi kopa do pracy!
Ściskam was i do napisania!
Mania :*



sobota, 2 maja 2015

Rozdział 8 cz.1 "Pierwsza Pełnia"

Od samego początku dnia Dor była w okropnie podłym nastroju. Chyba nigdy nie czuła się gorzej. Siedziała nad jajecznicą w ciszy obserwując chłopaków siedzących kilka metrów dalej. Mary i Alicja wpatrywały się każda w swoje śniadanie, nie odzywając się do siebie.
- No, więc... - zaczęła Mary. - Powiesz nam w końcu, co się wczoraj wydarzyło? - Popatrzyła na Dor błagalnym wzrokiem, ale ta tylko westchnęła ciężko.
- Po prostu on już dla mnie nie istnieje - wyjaśniła. - Pokłóciliśmy się i póki mnie nie przeprosi nie zbliżę się do niego nawet na kilometr.
- Och Dor... - jęknęła Alicja. - Nie możecie się teraz kłócić. Są ciężkie czasy, Sami- wiecie-kto rośnie w siłę, więc nie możemy być skłóceni, jeśli chcemy wygrać tą bitwę.
- Jedyną bitwę, którą teraz toczę jest kłótnia z Blackiem. - Dor chwyciła swoją torbę i zarzuciła ją na ramię. - Rozumiem, co macie na myśli, ale ja nie mogę mu tego tak po postu wybaczyć.
- Ale czego dokładnie? - Mary spytała również wstając, a w jej ślady poszła Alicja.
Dor westchnęła i gdy cała trójka ruszyła ku wyjściu z Wielkiej Sali, opowiedziała im pokrótce o tym, co się wczoraj wydarzyło.
- Drań! - krzyknęła Mary. - Jak tak można?!
- Macdonald spokojnie! - Alicja powstrzymała ją ręką od kopnięcia drzwi od łazienki, koło której przechodziły. - A co z Sami-wiecie-kim...
- Voldemortem... - wtrąciła Dor.
Alicja prychnęła, po czym kontynuowała poprzednią wypowiedź.
- Co jeśli znów zaatakuje? Musimy być przygotowani! Nie możemy się kłócić.
- Póki mnie nie przeprosi nie ma, co liczyć na jakąkolwiek ugodę! - odparła wojowniczo Dor. - A teraz wybaczcie, ale muszę lecieć na mecz!
- Powiedzenia! - krzyknęły za nią, gdy zniknęła za rogiem korytarza.

~*~

Pogoda była niemalże idealna. Świeciło słońce, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Wiał jedynie lekki, przyjemny wietrzyk wesoło chłostający twarze uczniów zmierzających na trybuny. Za chwilę miał rozpocząć się pierwszy w tym roku mecz Quidditcha, rozegrany między Ślizgonami, a Gryfonami. Dor siedziała już w szatni, przyglądając się kolegom i koleżankom z drużyny. Była przebrana i czekała tylko na sygnał, kiedy będą mogli wejść na boisko. Dawno nie czuła takiej adrenaliny, ciśnienie lekko jej się podniosło, ale ogólnie rzecz biorąc już nie mogła się doczekać, kiedy wsiądzie na miotłę. Chwilę potem Syriusz zwołał całą drużynę (James nie miał ochoty, chociaż to on był kapitanem).
- Gryffindor od czterech lat nie utracił pucharu Quidditcha i liczę, że w tym roku również uda nam się go wygrać! - Cała drużyna krzyknęła wojowniczo unosząc w górę pięści. - Zapomnijmy o naszych kłótniach, teraz jesteśmy na boisku i musimy dać z siebie wszystko! - Kolejny chóralny okrzyk. - Wygramy to!
I z takim nastawieniem cała drużyna na dźwięk gwizdka opuściła szatnię. Dor uznała, że Black miał poniekąd rację. Teraz musiała skupić się na grze, a nie na tym żeby jak najbardziej mu dogryźć.
Szła za Elizą i gdy opuścili budynek jej twarz oświetliło oślepiające światło. Słychać było krzyki Gryfonów i gwizdy Ślizgonów, gdy zawodnicy wyszli na murawę.
- A zatem powitajmy drużynę Gryffindoru! - Rozległ się donośny głos Michaela Jordan'a.* - Na pozycji ścigających: Syriusz Black. – Po prawej stronie trybun dało się słyszeć głośne wiaty i oklaski. – Eliza Brown! - Kolejne krzyki radości.- Oraz zastępcza ścigająca Dorcas Meadowes! - Tym razem tylko kilka osób zaklaskało, a z drugiej strony trybun, gdzie siedzieli Ślizgońscy kibice, słychać było pogwizdywania i szydercze śmiechy. Dor zrobiło się gorąco. Okropnie się stresowała a ręce kleiły się jej od potu. To miłe nastawienie, z którym opuściła szatnię teraz w jednej chwili prysło. Wmaszerowała na boisko wraz z całą drużyną wsłuchując się w wesoły głos komentatora.
- ...pałkarze Dann Adams i Gregory Wals, a także znakomity obrońca Seamus McKenzie! - Trybuna gryfonów zafalowała, gdy na boisko wkroczyli ich ostatni zawodnicy. - I na sam koniec największa gwiazda w historii Quidditcha, czyli szukający Gryfonów, James Potter we własnej osobie! - Rozległy się piski dziewczyn ze wszystkich trzech trybun, (oprócz Slytherinu), a niektóre zaczęły nawet cisnąć się do barierek po jego autografy.
Gdy całą drużyna Gryffindoru  stanęła, w końcu, na środku boiska po chwili z wejścia na przeciwko zaczęła wylewać się drużyna przeciwników. Micheal również ich zaprezentował nie mogąc powstrzymać się od kilku złośliwych uwag, a propos wyglądu Ślizgońskiej pałkarki, która wyglądała jak dobrze wyhodowane prosię.  Mcgonagall skarciła go parę razy, gdy po chwili na boisku pojawiła się pani Hooch z ogromną skrzynia pod pachą i miotłą w ręce.
- To ma być czyta gra, zrozumiano? - warknęła spoglądając znacząco na Crabba, który rechotał wywijając pałką w powietrzu.
Dor przerzuciła niepewnie nogę przez miotłę i gdy tylko usłyszała gwizdek wzniosła się w powietrze.
- I....Ruszyli! - Głos Michaela poniósł się echem po trybunach. - Zawodnicy zajęli swoje pozycję i już kafla przejmuje Brown! Co to za niesamowita dziewczyna...Te nogi, pie...
- Jordan! - McGonagall wydała się spoglądając na chłopaka srogo.
- Kafla przejmuje Black, Co za zawód, zbliża się do pętli, Brown teraz Meadowes i.... Ach wypuściła kafla...No, ale cóż swoimi nogami wszystko
nadrabia...! - Micheal urwał, gdy Mcgonagall ponownie zmierzyła go wzrokiem. - Piłkę przejmuje Starszy Black*, teraz Parkinson i...Gol, dla Slytherinu...- dodał bez entuzjazmu. - Kafel w posiadaniu Gryfonów!
Dorcas rozejrzała się i dostrzegła nadlatującego Syriusza. Po ostatniej nieudanej próbie przechwycenia kafla było jej jeszcze bardziej gorąco. Nagle dostrzegła nadlatujący tłuczek i w ostatniej chwili zrobiła unik. Szybko rozejrzała się i przechwyciła kafla, którego teraz podała do niej Eliza. Zrobiła zwód i rzuciła kaflem do Syriusza, o mało, co nie spadając przy tym z miotły. Odetchnęła z ulgą, gdy Gryfoni zdobyli w końcu pierwszego gola. Potem szło już prawie jak po maśle, Micheal komentował wciąż wygląd zawodniczek, a gole wpadały jeden po drugim.
-Czyżby Malfoy dostrzegł znicza?! - Nagle wszystkie głowy zwróciły się w stronę Ślizgona, który mknął już za połyskującym złotym punkcikiem.
-James! - wrzasnął Syriusz. - James znicz!
Okularnik rozejrzał się szybko dookoła, niezbyt przytomnym wzrokiem. Widać było, że przed chwilą mocno się nad czymś zastanawiał, lecz to „coś” z pewnością nie dotyczyło meczu.
Po chwili już obu szukających mknęło za złotą piłeczką, a tymczasem reszta zawodników dalej toczyła swoją grę.
-Parkinson przejmuje kafla, ale...- Micheal zawiesił głos. - Tak! Dorcas Meadowes przejmuje kafla, jak pięknie, jednak nie tylko piersi są jej atute...
-Jordan! - McGonagall pełna furii wyrwała mu mikrofon. - Masz komentować mecz!
-Już pani Profesor.. - Chłopak odzyskał swój sprzęt i ponownie zajął się meczem. - Jest już 110 do 90 dla Gryffindoru, proszę państwa, co to są za emocje! Black w posiadaniu kafla, a tymczasem obaj nasi szukający zniknęli gdzieś w pogoni za zniczem!
Gryfonom udało się strzelić jeszcze jedną bramkę, a gdy jeden z Ślizgońskich ścigających próbował wbić bramkę im, Seamus idealnie ją wybronił.
Nagle wśród wrzasków kibiców na boisku znów pojawili się Lucjusz i James. Oboje byli umazani błotem,lecz nadal gonili umykający im złoty znicz.
-Potter czy Malfoy? - Jordan zawiesił głos. - Gryffindor czy Slytherin? Lew czy Wąż? A może...
-A może zajmiesz się meczem?! - McGonagall ponownie krzyknęła. - Podczas twojej wypowiedzi wpadły trzy gole!
Faktycznie Slytherin powoli odrabiał straty i wynik meczu wynosił już 110 do 120 dla gryfonów. Nagle na trybunach zapanowała cisza. Nawet Micheal zamarł wpatrują się przed siebie z niedowierzaniem. Po dłuższej chwili na trybunach Ślizgońskich kibiców wybuchł aplauz. Micheal wciąż z szeroko otwartymi oczami przemówił do mikrofonu:
-Malfoy złapał znicza... - Mówiąc to mało, co nie spadł z trybuny.
James za każdym razem łapał znicza. Jeszcze nie było takiego meczu, w którym by mu się to nie udało. Wszyscy byli w szoku, kiedy na stadion wleciał Lucjusz z trzepoczącym zniczem w dłoni, a za nim przygaszony James. Ślizgoni jeszcze przez dłuższą chwilę pysznili się swym zwycięstwem, aż w końcu udali się do szatni wciąż pokrzykując z radości.
Po zakończeniu meczu również drużyna Gryfonów udała się do szatni ze spuszczonymi głowami, odprowadzana gwizdami Ślizgońskich kibiców.
-James, co ty wyprawiasz?! - Syriusz podszedł do niego, a widać było, że jego oczy aż płoną od gniewu. - Dlaczego dałeś Malfoy'owi złapać znicza? Co się z tobą dzieje?!
-Odwal się! - James przepchnął się obok przyjaciela nawet na niego nie spojrzawszy.
-Nie, nie odwalę się! - krzyknął czarnowłosy obracając się do odchodzącego Rogacza. - Przez ciebie właśnie straciliśmy szansę na zdobycie Pucharu Quidditcha!
-Wyobraź sobie, że są rzeczy ważniejsze niż jakiś tam puchar! - warknął James spoglądając mu wreszcie w oczy.
-Tak? Ciekawe, jakie? - Teraz już cała drużyna wpatrywała się w nich oczekując na wyjaśnienia za strony Jamesa, lecz on tylko pokręcił głową mocniej zaciskając wargi.
-Powinieneś sam się domyślić! - warknął, po czym zabrał swoje rzeczy i wyszedł z szatni.

~*~

-Co się stało? - Alicja wbiegła do szatni wpadając wprost na Dorcas.
-James i Syriusz się pokłócili. - Wyjaśniła wciskając swoje rzeczy do torby.
Zostały w szatni już tylko we dwie, ponieważ reszta drużyny nie musiała poświęcać ponad 20 minut na makijaż jak to Dorcas miała w zwyczaju.
-Ale, czemu James nie złapał znicza?
-Och, podejrzewam, że to przez Lily... - mruknęła. - Przejmuje się nią podobnie jak my, nie chce by coś jej się stało. A co z Mary? - Dor nagle zmieniła temat. Nie chciała rozmawiać o meczu, miała już dość Quidditcha jak na jeden dzień, a to, że ponieśli porażkę, kiedy ona doszła do ich drużyny wcale jej nie pomagało.
-Przygotowuje się z Remusem. – Alicja odparła, gdy wyszły na błonia Hogwartu i ruszyły w stronę zamku. - Zostało im, co prawda jeszcze ponad 10 godzin, ale wiesz....
Dor kiwnęła głową, ale myślami była o wiele, wiele dalej. Zastanawiała się czy Syriusz ma zamiar ją przeprosić. Była na niego zła i uważała go za dupka, ale gdzieś tam wewnątrz naprawdę tego pragnęła. Nie chciała też go do niczego zmuszać, bo wyszłoby na jaw...Wyszłoby na jaw....Że jej na nim naprawdę zależy...
-Dor? - Alicja pomachała jej ręką przed twarzą.
-Słucham? - odparła wyrwana z zamyślenia.
-Pytałam się, co zamierzasz zrobić z Syriuszem, w końcu chyba ci na nim zależy... - spytała.
Czy ona czyta w myślach? Pewnie, że chce, ale...
-Nie zamierzam nic robić – odparła uśmiechając się sztucznie. - Niech sam się postara...
-Sadystka... - Alicja pokręciła głową śmiejąc się. - Powinniście wreszcie się pogodzić i zostać szczęśliwą parą...
Dor wytrzeszczyła oczy, po czym przemówiła trochę natarczywym głosem.
-Błagam cię, Ja i Syriusz? Nie ma takiej opcji. A poza tym... - A poza tym on i tak by mnie nigdy nie zechciał – dokończyła w myślach przekraczając próg Wielkiej Sali.


*Micheal Jordan - ojciec Lee Jordan'a.
*Starszy Black - Regulus Black, brat Syriusza.
*♥♥♥*

Witajcie!
Znów dzielę rozdział na pół, przepraszam :C
Ale postanowiłam opublikować już przynajmniej to co mam...Wiem, że jest tego niewiele, ale mam nadzieję, że się wam spodoba :)
Do waszych blogów powoli powracam, ale to nie oznacza, że mam czas. 
To co napisałam, napisałam w tych rzadkich momentach, kiedy czas znajdywałam, ale na kolejną część też trochę poczekacie :C
Błędy niby sprawdzałam, ale jestem zmęczona i mogłam czegoś nie zauważyć, więc wybaczcie... 
Tak czy siak liczę na wasze komentarze i dziękuję wszystkim za te 11 tyś. Wyświetleń! Jesteście wspaniali!
Do napisania!
Mania :*