poniedziałek, 20 lipca 2015

Tyle czasu razem...:')

Czyli o tym, jak zwykła dziewczyna będzie starała się podziękować tym, bez których nic w jej życiu, by się nie udało.

Z całego serducha pragnę podziękować (kolejność całkowicie przypadkowa):

* Panience Livvi,
* Alicji Sims,
* Dorcas Meadowes-Black,
* Beuil,
* Kathrinie E,
* Dziewczynie z Hogwartu,
* Mary Jane,
* Selene Neomajni,
* Daisy,
* PaKi,
* Nevie,
* Padfoot.♥,
* Małej Czarnej,
* Expecto Patronum,
* Optimist,
* Jimies Meadowes,
* Dreamy Chick,
* Laughing Queen,
* Kolorowej Damie,
* Jimies Meadowes,
* Mafencey,
* Madzi,
* Ruby Vine,
* NarCyzi♥,
* oNyks Xyz,
*Annabeth Magritte,
* Zielono okiej,
* Assari Cleto,
* Ashnnon,
* Azi Pałce,
* Zuzi Dym,
* Emmie Holt,
* Szylkretce,
* Arii,
* Dragon Lady,
* Alice,
* Astorii.♥,
* Efektownej,
* Gabby 163,
* Alinie Blog,
* Vicky,
* Galaxy_Art,
* Paulinie Kieleckiej,
* Rebelle Qere,
* Andromedzie,
* Rovan,
* Anne Monkiewicz,
* Pannie Nikt,
* Beuloo99,
* Truskawce^^,
* Jennie Chase,
* Destiny,
* Wandzie P,
* terpsychorce,
* Sleepy Hollow,


Czyli, w skrócie, tym którzy chociaż raz napisali mi jakieś miłe słowa na blogu i pochwalili mój rozdział :)
Wow, tylu was, że myślałam, że się popłaczę jak to pisałam :')
Ale zauważyć można, że niektórzy są napisani pogrubioną kursywą...Dlaczego? 
Otóż tym osobą chcę podziękować szczególnie, bo byli oni ze mną prawie od samego początku i skomentowali oni prawie wszystkie moje rozdziały! (Wow!) A niektórzy WSZYSTKIE, dosłownie WSZYSTKIE! Dziękuję wam naprawdę!
Jeśli o kimś zapomniałam to przepraszam, ale to nie oznacza, że wam również ogromnie dziękuję :)
Było też wiele komentarzy (tych miłych i nie miłych :P) z Anonima, za co także pragnę wam podziękować :)

A oto sukcesy, które udało mi się osiągnąć, w pół roku od założenia bloga:
* Ponad 18 tys. wyświetleń!
* 50 obserwatorów!
*  692 komentarze ( *.*)!
* 10 rozdzialików! Pełna dekada proszę Państwa!

Mam też pewien pomysł, taka niespodzianka dla was. Rozmawiałam już o tym z Livvi i mówiła, że jej się to podoba :) Na razie nie zdradzę co to dokładnie będzie, ale powiem, że dodatkowe posty. Ale nie bójcie się to nie będzie nic związanego z opowiadaniem. Z Harrym Potterem owszem, ale nie z fan fiction :)

I jeszcze na sam koniec (na deser :P) zostawiłam podziękowanie Panience Livvi, bez której ten blog by nie istniał. Gdyby nie ona nigdy nie zakochałabym się w Huncwotach :)
Tak więc dziękuję tobie i wszystkim innym, bez, których nie udało by mi się tego osiągnąć :)

Ściskam was i do napisania!
Mania :*

PS Zajrzyjcie do proroka, a dowiecie się, czemu nie ma rozdziału :C

środa, 1 lipca 2015

Rozdział 10 "Zakon Feniksa"

Z dnia na dzień na dworze robiło się coraz zimnej, a słońce z każdym dniem zachodziło znacznie wcześniej. Uczniowie nie mogli już wychodzić na błonia w samych szatach szkolnych, ale nie musieli też jeszcze nosić grubych czap i szalików.
Rozegrany został też, ostatni w tym roku, mecz Quiddicha. Krukoni wygrali ze Ślizgonami co oznaczało, że na wiosnę, gdy znów rozpoczną się rozgrywki, Gryffindor nadal będzie miał szansę na puchar.
Ale teraz nie o Quiddichu myślała Dor. Wciąż zastanawiała się czy ktoś z wydelegowanych uczniów ma jakiś plan dotyczący Walk Kontynentalnych. Ona, mimo że starała się o tym myśleć codziennie na razie na nic nie wpadła, a spotkanie z Dumbledorem miało się odbyć już dziś wieczorem. Starała się jeszcze na siłę wymyślić cokolwiek, ale jej głowa za bardzo zakrzątnięta była troszczeniem się o najbliższych. Wszyscy mieli teraz jakieś problemy lub byli skłóceni. Tylko Alicja i Frank wciąż trzymali się razem w tych trudnych chwilach.
Nagle z rozmyślań wyrwał ją szkolny dzwonek, głoszący koniec lekcji.
-  I pamiętajcie o Eseju na trzy stopy, o transmutacji ludzkiej! -
Profesor McGonagall krzyknęła jeszcze, gdy uczniowie zaczęli wybiegać z
klasy.
Właśnie nadszedł koniec ostatniej lekcji. Teraz miała dwie, spokojne godziny na uszykowanie się na wieczorne spotkanie.
- Meadowes! - Syriusz dogonił ją na schodach. - Chciałem cię zapytać czy mogłabyś dzisiaj wieczo...
- Nie - przerwała mu uśmiechając się pod nosem. - Niestety mam spotkanie z Dumbledorem! - uśmiechnęła się jeszcze szerzej, przeskakując fałszywy stopień.
Liczyła że Syriusz zacznie ją namawiać, lecz on tylko zamyślił się i po rzuceniu krótkiego "Pa" zniknął za rogiem korytarza. Dor zaskoczona wzruszyła tylko ramionami i ruszyła w stronę pokoju wspólnego.

~*~

W pokoju wspólnym siedziało tylko kilka osób. Trójka jakiś czwartoroczniaków zajmowało najbliższą kanapę. Kilku jeszcze młodszych uczniów siedziało skulonych przy kominku, a nieopodal ich Lily oraz Mary. Jako jedyne Gryfonki z 7 klasy chodziły na transmutacje indywidualnie, ze względu na swoje duże umiejętności.
One jednak siedziały w dwóch odległych od siebie kątach pokoju i nawet nie śmiały na siebie spojrzeć. Dor zmarszczyła brwi i podeszła do Rudej przyjaciółki, która zawzięcie bazgrała coś na swoim pergaminie.
- Co się stało? – Brunetka spytała, kładąc rękę na jej ramieniu.
Do tej pory Mary, mimo że się do nich nie odzywała, to jednak trzymały się razem, a teraz Macdonald całkiem się od nich odizolowała.
- Zaczęła mnie wzywać od zdzir, które nie mają uczuć i rzucają się na
każdego chłopaka. - Lily westchnęła, odwracając twarz w stronę przyjaciółki. - Aż musiałam odjąć punkty Gryffindorowi.
- Widziałam właśnie na dole, że klepsydra jest jakoś pusta. – Dor mruknęła zerkając ukradkiem w stronę blondynki. - Może ja z nią pogadam co?
- Możesz spróbować... - Lily zmarszczyła nosek gdy na jej eseju z
Eliksirów zrobił się wielki atramentowy kleks. - Ale ja już próbowałam, naprawdę...
Nie miała nic do stracenia, więc ostrożnie skierowała swoje kroki w stronę kominka, przy którym siedziała, tyłem do niej odwrócona, Mary. Nim jeszcze zdążyła coś powiedzieć blondynka odwróciła się do niej twarzą. Widać było, że przed chwilą płakała.
- Czego chcesz? - wykrztusiła przez zaciśnięte zęby.
- Mary proszę, uspokój się... - Dor ukucnęła przy jej krześle. - Wiesz
dobrze, że on cię kocha najbardziej na świecie.
- To dlaczego mnie tak rani... - Mary chlipnęła, a w jej oczach znowu zagościły łzy.
- Przecież on nic nie zrobił. - Dor pogładziła ją ręką po ramieniu.
- No pewnie - prychnęła. - A James tą całą bajeczkę sobie wymyślił tak?
- Mam pomysł. - Dor uśmiechnęła się lekko. - Ja ci opowiem moją wersję
wydarzeń a ty mi swoją.
- No dobrze... - Mary westchnęła ocierając rękawem szaty wilgotne oczy.
- James powiedział, że szedł sobie korytarzem w stronę Skrzydła szpitalnego, żeby odwiedzić Lily. Kiedy wszedł zobaczył jak Lily obściskuje się z Remusem. Powiedział że chyba się całowali, ale nie zdążył całkiem zobaczyć, bo pchnął Remusa na podłogę. No i powiedział mu coś, że nigdy się po nim czegoś takiego nie spodziewał i wyszedł, a że Lily zdążyła jeszcze krzyknąć, że nie jest jego własnością.
Dor zamyśliła się chwilę.
- I ty w to wierzysz, tak po prostu? - spytała ze szczerym bólem w głosie, a Mary tylko kiwnęła głową.
- No to teraz słucham wersji tej niewdzięczn...
- Lily - wtrąciła Dor. - Według niej obudziła się I zobaczyła Remusa wychodzącego ze skrzydła. Więc go zawołała...
- Ciekawe po co? – prychnęła Macdonald.
- I potem on chciał iść po Jamesa. - Dor udawała jakby w ogóle tego nie dosłyszała. - Ale ona powiedziała, że nie chce, bo on ją bardzo skrzywdził. I tak się przejęła, że zaczęła płakać, więc się przytulili i Remus zaczął ją pocieszać. I wtedy wszedł James. I on pobił Remusa Mary...Nie tylko pchnął. A potem wybiegł, nawet nie dał sobie tego wyjaśnić.
Mary siedziała z kamienną twarzą, wyglądała tak, jakby te słowa w ogóle
do niej nie docierały.
- Bo nie było czego wyjaśniać - mruknęła po czym zagarniając wszystkie książki do torby wyszła z pokoju wspólnego.
Dor usiadła na jej miejscu i uderzyła pięścią w stół.
- Cholera.

~*~

Stała spokojnie przed gargulcem, było za pięć dziewiętnasta. Wzięła głęboki
wdech po czym wymówiła wyraźnie:
- Czekoladowe żaby. - Gargulec momentalnie odskoczył w bok, a przed Dorcas pojawiły się kręte schody. Zaczęła się powoli po nich wspinać, aż w końcu doszła do obszernych drewnianych drzwi z małą mosiężną klamką z odciśniętym herbem Hogwartu. Na chwilę zamknęła oczy, po czym zapukała kilka razy w przesiąknięte wilgocią drewno. Po chwili usłyszała zapraszający głos, więc przekręciła klamkę i weszła do dużego, okrągłego gabinetu dyrektora. Była już tutaj kilka razy, lecz za każdym razem to pomieszczenie i znajdujące się w nim przedmioty robiły na niej coraz to większe wrażenie.
- Witaj Dorcas. - Nagle doszedł ją głos dobiegający zza
jednego z wysokich regałów z wiekami księgami na półkach.
- Och, dzień dobry - odparła zaskoczona.
- Siadaj moja droga, zaraz pojawi się reszta. - I wskazał jej jedno z przygotowanych ośmiu krzeseł.
 Ledwo co Dor zdążyła zasiąść na jednym z nich, kiedy rozległo się pukanie i do gabinetu wpadł Lunatyk.
- Przepraszam za spóźnienie - wysapał zajmując miejsce obok Dorcas.
- Ależ nic się nie stało. - Dyrektor krążył w tą i wewtą zerkając raz
na Remusem raz na Dorcas.
Kilka minut potem już cała ósemka siedziała zgromadzona w gabinecie,
więc mogli spokojnie rozpocząć dyskusję.
- Posłuchajcie mnie teraz uważnie. - Dyrektor rozpoczął wyjątkowo poważnym tonem, patrząc na nich srogo znad swoich okularów połówek. - Ta sprawa jest bardzo ważna dla naszego społeczeństwa, zwłaszcza że raczej nie pochwalam tego co do tej pory "dokonał" nasz obecny Minister Magii. Jest to też bardzo  ważne jeśli chcemy w końcu unicestwić samego Voldemorta, ale myślę, że do tego jeszcze długa droga.
- Panie profesorze, a czy musimy go zniszczyć? - Snape nagle wyskoczył z pytaniem. - Nie prostszym rozwiązaniem było by się do niego, po prostu przyłączyć?
Dor chciała aż krzyknąć tak oburzyła się tym pytaniem ale profesor Dumbledore uprzedził ją swoją odpowiedzią.
- Och, oczywiście że to o wiele prostsze rozwiązanie, lecz niedługo przyjdzie nam się spotkać z wyborem między tym co słuszne, a tym co prostsze. I myślę że wielu czarodziejów wybierze tą drugą opcje, zapewne podejrzewając, że Lord Voldemort ich wtedy oszczędzi. – Przez chwilę Dor wydawało się, że posłał Snape'owi znaczące spojrzenie, lecz może coś jej się przewidziało.
 - Niestety tacy ludzie są w błędzie. - Dyrektor kontynuował. - Voldemortowi nie potrzebni są tacy, którzy nie będą mu służyć. Nie szuka takich, co będą tylko siedzieć w domu i pochwalać jego działania. On buduje armię swoich zwolenników, mam nadzieję że rozumiesz co mam na myśli Severusie?
Snape kiwnął lekko głową ale miał kamienną twarz. W tym czasie Lunatyk wyjął z torby jakąś teczkę i za pozwoleniem Dyrektora zaczął przedstawiać swój pomysł.
- Moim zdaniem dalsze wyłapywanie Śmierciożerców ma pewien sens, lecz jak pan wspomniał, Ten Którego imienia nie wolno wymawiać zapewne niedługo przejmie kontrolę nad Dementorami, z czym wiąże się też nasza utrata kontroli nad Azkabanem, dlatego moim zdaniem najskuteczniejszym rozwiązaniem będzie zwiększenie liczby aurorów. Wiadomo, że to nie jest takie proste. Testy na aurora trwają bardzo długo, a za nim młodzież będzie mogła do nich przystąpić miną kolejne lata. Dlatego moim zdaniem powinniśmy wprowadzić coś takiego jak "Kursy na Aurorów".
- Ale niby w jaki sposób to będzie działać? - Nagle odezwał się Lockhart. Młodzieniec miał długie blond loki, a jego szata była w nienagannym stanie.
- Chodzi o ty, żeby już młodzież szkolną, taką 17-letnią posłać na kursy przygotowawcze. Oczywiście posyłane tam będą tylko osoby chętne. Wiadomo, że ci, którzy są już na poziomie klas OWTMowych, wiedzą czego w życiu chcą. Idąc do szóstej klasy musieliśmy już zdecydować, co chcemy robić w życiu, dlatego uważam, że ci którzy wybrali przedmioty miejąc nadzieję, że w przyszłości zostaną Aurorami tym bardziej się ucieszą, że mają szansę zostać nimi szybciej.
- Ale niektórzy nie będą jeszcze pełnoletni, co wtedy? – Amelia Bones wychyliła się na krześle, by móc spojrzeć na Lupina. – Ja urodziłam się w Sierpniu i czy w takim razie nie będę mogła brać udziału w kursie.
- Obawiam się, że nie. – Nagle wtrącił się dyrektor. – Sam nie wiem, czy pomysł Remusa, będzie mógł zostać przez nas przedstawiony. Oczywiście sama idea jest dobra, jednak nie mógłbym patrzeć jak giną tak młode osoby.
- Ale my chcemy ginąć! – Dor nagle odparła wyjątkowo wojowniczym głosem. – Jeśli moja śmierć, może pomóc w unicestwieniu Lorda Voldemorta, jestem w stanie się poświęcić.
- Ale Dor, nie chodzi mi o żadną ofiarę. – Remus wytrzeszczył na nią oczy. – Nie musisz ginąć, nikt ci nie ka…
- Tak, myślę Dorcas, że nie ma takiej potrzeby byś na razie oddawała za kogoś życie. – Dumbledore westchnął ciężko. – Zwłaszcza, że naprawdę nie jestem do końca przekonany do twojego planu Remusie.
- A według mnie – odezwała się Sybilla Trelawney – powinniśmy jak najszybciej odczytać przyszłość, by wiedzieć, co dalej robić! Kula będzie najlepszym rozwiązanie…
- Dziękuję ci Sybillo, ale myślę, że obejdzie się bez tego. – Kąciki ust Dumbledore lekko drgnęły, jakby powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem.
- Panie profesorze, ja naprawdę uważam, że to dobry pomysł. – Remus zaczął bronić swojego planu. – Pan mówi, że nie chce, by ginęli młodzi ludzie, ale jeśli nie zrobimy czegoś z „tym” to i tak będą oni ginąć! Jak Ministerstwo straci kontrolę nad Dementorami i wypłyną oni na ulice naszych miast, to i tak zginiemy! Prędzej czy później nas to czeka, a tak mamy przynajmniej szansę, by spróbować zmienić tą rzeczywistość, w której żyjemy. Jeśli umrzemy to z poczuciem, że robiliśmy coś dla dobra tego świata i że nasza śmierć nie poszła na marne.
Dumbledore przez chwilę gładził swoją srebrzystą brodę w zamyśleniu, by w końcu wstać i znów zacząć krążyć po pokoju. Za nim jednak odpowiedział, zdążyła odezwać się Ariana Parkinson.
- A niby gdzie znajdziesz chętnych, którzy chcieli by ginąć, bez powodu? – jej twarz wykrzywił drwiący uśmiech.
- Gryfoni są na tyle odważni, że nie chronią tylko własnych tyłków, jak to mają w zwyczaju Ślizgoni! – Dor nie zdążyła ugryźć się w język i już spodziewała się nagany ze strony dyrektora, lecz ten nadal przemierzał gabinet, nawet nie zadając sobie trudu, by nie nią spojrzeć.
- Ty mała, plu…
- Dobrze, dobrze stop! – Wymianę zdań przerwał Lupin. – Myślę Ariano, że znajdą się chętni, chociażby moi najbliżsi przyjaciele, Syriusz i James.
Snape zaśmiał się cicho, gdy to usłyszał.
- Och, ci dwaj…Jak to nazwać Zdrajcy Krwi, nie… To brzmi zbyt pochlebnie, może dwaj…
- Dobrze, myślę że to wystarczy Severusie, już wszyscy wiemy jak pogardzasz Panami Blackiem i Potterem. – Dumbledore odezwał się w końcu znów zajmując miejsce za biurkiem. – A co do naszego projektu. Remusie zbierz mi podpisy chociaż 20 uczniów, którzy chcieli by wziąć udział w „Kursie na Aurora”, bo jeśli to ma być nasz temat na konferencję, musimy mieć jak go bronić.

~*~

Nie wiedziała nawet kiedy, ale w gabinecie Dumbledore zleciały jej aż dwie godziny. Remus zaraz po skończonej rozmowie popędził do pokoju wspólnego Gryfonów, by zacząć zbierać chętnych, ale Dorcas nigdzie się nie spieszyło. Szła sobie spokojnie ciemnym korytarzem, wsłuchując się tylko stukanie własnych obcasów. Nagle zatrzymała się wytężając słuch. Usłyszała cichą muzykę, była to jakaś powolna piosenka, bez wątpienia ją znała, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć tytułu. Zaciekawiona zaczęła iść za dźwiękiem, który jak na razie doprowadził ją do Wielkiej Sali. Gdy była już przy wyjściu, zawahała się, lecz gdy poczuła zapach ulubionych kwiatów – konwalii, pchnęła wrota i wyszła na ciemne błonia. Szczelniej okryła się szatą, gdy zimny wiatr omiótł jej ramiona, lecz nie odpuściła i szybkim krokiem ruszyła w stronę jeziora z, nad którego musiała dochodzić muzyka. Ktoś musiał ją zaczarować, skoro Dor usłyszała ją w wysokich piętrach zamku, aż jej głośność wcale się nie zwiększała wraz z bliskością. Ale melodia była piękna, i idealnie komponowała się z zapachem świeżych kwiatów. Zaciekawiona jeszcze bardziej przyśpieszyła kroku i gdy była już tuż, tuż nad jeziorkiem usłyszała głośny huk. Nim zorientowała się, co się dzieje, tuż przed nią, na czarnym niebie pojawiły się niebiesko srebrne fajerwerki. Śmigały w różne strony, lecz nie spadały na ziemię. Po chwili Dorcas zorientowała się, że ułożyły się w ogromny napis „Wybacz mi Dor, proszę”. Zakryła dłonią usta, gdy to zobaczyła. Była w ogromnym szoku. Czy to ON to zrobił dla NIEJ. Czasem zdarzało jej się rozmyślać o tym jak ON ma zamiar ją przeprosić, ale w życiu nie spodziewała się czegoś takiego. Już chciała się odwrócić zacząć go wołać, lecz nagle poczuła, że ktoś zakrywa jej dłońmi oczy i cichutko szepce do ucha:
- Zgadnij kto to?
- Syriusz? – spytała słodkim głosem i nim on zdążył odpowiedzieć odwróciła się i rzuciła mu się na szyję.
- Meadowes, spokojnie! – Czarnowłosy zaśmiał się, gdy dziewczyna zawiesiła się na jego karku.
- Przepraszam – odparła lekko zaczerwieniona na twarzy. – Po prostu to… Naprawdę jestem w szoku. Ty to sam… Tak? – spytała wskazując na otaczające ich przedmioty.
Teraz gdy światło fajerwerków oświetliło błonia zobaczyła pod wierzbą rozłożony koc i wielki koszyk pełen jedzenia. Tuż obok w powietrzu zawisły małe skrzypce, odgrywające wciąż tę samą melodię.
- Pamiętasz tę piosenkę? – Syriusz spytał kładąc jej rękę na tali i nim się zorientowała zaczęli tańczyć.
- Och, no oczywiście! – teraz to wydało jej się takie oczywiste. – Na czwartym roku leciała na balu! Wtedy, gdy się poznaliśmy,
Dor uśmiechnęła się lekko, wspominając tamte chwile. Chociaż już wtedy czuła, że Black coś namiesza w jej życiu to nigdy nie sądziła, że się w nim zakocha…
Tańczyli przez chwilę, aż w końcu zmęczeni usiedli na czerwonym kocu, rozłożonym pod wierzbą. Dor zdjęła buty i usiadła po turecku, wpatrując się w czarnowłosego. Syriusz wyjął z kosza dużą butelkę kremowego piwa i rozlał do dwóch kufli.
- Zimna dzisiaj noc. – Dorcas westchnęła mocniej opatulając się szatą, lecz po chwili, poczuła, że Syriusz obejmuje ją ramieniem i cały chłód znika. Oparła głowę na jego ramieniu i wpatrzyła się w gwiazdy. Wydawało jej się nieprawdopodobne to, że siedzą tutaj tylko jako przyjaciele, ale taka była rzeczywistość. Okrutna i niewdzięczna, ale jednak prawdziwa.
- Miałeś jakieś sny od czasu…? - Dor przełknęła ślinę, starając się zachować spokojny ton głosu. Już dawno chciała z nim o tym pogadać.
Syriusz kiwnął głową drapiąc się wolną ręką po głowie.
- Wiedziałem groby… - odparł pociągając nosem. – W Dolinie Godryka… Wiele grobów…
- Czyje one były? - Dor spojrzała na niego ze strachem.
- James, Lily, Mary….I twój… - odparł odwracając do niej głowę i patrząc jej prosto w oczy. – Ale to tylko sny, prawda?
- Tak, na pewno! – Dor ochoczo pokiwała głową, lecz nie była tego do końca pewna.
Te wszystkie wizje, całe zamieszanie z jej rodzicami, to wszystko było okropnie przytłaczające.
- Muszę ci o czymś powiedzieć – wysiliła się na spokojny ton.
- W takim razie Słucham. – Syriusz usiadł naprzeciwko niej obejmując jej dłoń.
- Tej nocy, gdy Śmierciożercy zaatakowali Hogwart – zaczęła – ja byłam w lesie, wtedy z Sam-wiesz-kim. On zaczął mi opowiadać o tym, że nie jestem tym kim myślę, że jestem… - urwała.
Syriusz spojrzał na nią wyczekująco, więc wzięła głęboki wdech i zaczęła kontynuować.
- Powiedział, że zabił moich prawdziwych rodziców. Że moi rodzice nie są moimi prawdziwymi rodzicami. I, że on chce mnie zabić. – Spuściła głowę, podkurczając kolana, by się za nimi ukryć, ale Syriusz jej na to nie pozwolił.
- Kochana, wszytko będzie dobrze… - szepnął.
Kochana, powiedział do niej Kochana…
Czy mogło istnieć coś piękniejszego.
- Ja chyba już pójdę… - odparła po chwili odkładając pusty kufel na koc. – Jest późno i…
- No pewnie, zasiedzieliśmy się… - Syriusz sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego, ale szybko wstał z koca i zaczął go zwijać. – To dobranoc!
- Dobranoc. – Dor posłała mu promienny uśmiech i w powoli wróciła do zamku.

~*~

- Alu! Wstawaj, szybko! – Wpadła do dormitorium i zaczęła szarpać przyjaciółkę za piżamę.
- Co się dzieje? – brunetka odparła zaskoczona, gdy Dor zaczęła ją zwlekać z łóżka.
- Błagam cię tylko cicho, nie możemy ich obudzić! – Dorcas zaciągnęła przyjaciółkę do pustego pokoju wspólnego, który oświetlał tylko płomień z kominka. – Musimy iść do Dumbledore teraz! – szepnęła i razem wyszły na korytarz.
Tam czekał na nich już Remus, Glizdogon, Syriusz i Frank,
- Co wy tutaj…? – Alicja zaskoczona spojrzała na przybyszy, ale nie zdążyła usłyszeć wyjaśnień, bo cała grupka ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
- Profesor Dumbledore, chciał by jak znajdziemy wolną chwilę do niego wpadli, tylko jak najszybciej. – Remus zaczął pokrótce wyjaśniać. – Ale nie wiem czemu chciał widzieć tylko naszą szóstkę.
- Właśnie, co z Lily, Mary i Jamesem? – Alicja spytała, gdy dochodzili już do Gargulca.
- Dyrektor powiedział, że na razie ma sprawę tylko do nas, ale że i na nich przyjdzie czas. – Dor wzruszyła ramionami. – Czekoladowe żaby!
Gargulec odskoczył i cała szóstka zaczęła wspinać się po krętych schodach. Na samej górze Remus zapukał cicho w drzwi. Nieco zaskoczony głos dyrektora zaprosił ich do środka.
- Och, cóż na późna godzina, nie powinniście być w łóżkach? – Dyrektor spojrzał na przybyszy znad okularów połówek.
- Mieliśmy przyjść jak znajdziemy chwilę…i… - Remus zaczął tłumaczyć.
- I ta chwila nadeszła właśnie teraz, jeśli się nie mylę? – Dumbledore uśmiechnął się lekko i wyczarował sześć krzeseł, by mogli zasiąść.
- Tak właśnie, bo my…
- Dobrze, więc od razu przejdę do konkretu. Z tego co wiem każdy z was stara się o to, by w przyszłości zostać Aurorem i jeśli się nie mylę, zostaliście już poinformowani przez Remusa o niedługich kursach. - Wszyscy kiwnęli głowami. – Myślę, że będziecie znakomicie sprawdzać się w tej roli, lecz ni o tym chciałem z wami porozmawiać. Najpierw jednak, zanim przejdę do konkretów muszę wiedzieć czy ja mogę wam ufać, a wy możecie ufać mi?
Każdy z osobna powoli skinął głową, nie do końca chyba rozumiejąc do dyrektor ma na myśli.
- Razem będziemy w stanie zwalczyć Lorda Voldemorta, dlatego teraz czujcie się oficjalnie członkami Zakonu Feniksa! I oczywiście muszę wam wyjaśnić na czym ów zakon polega. – Dumbledore westchnął opierając się o krzesło. – Jest to pewnego rozdziału stowarzyszenie. Należy do niego wielu wybitnych Aurorów. Głównym celem zakonu jest zwalczanie Lorda Voldemorta i doprowadzenie go do upadku. Założycielem zakonu jestem ja. Założyłem go 8 lat temu, miejąc nadzieję, że, w końcu uda mi się zniszczyć Voldemorta.
Teraz, chciałbym również was wtajemniczyć we wszystkie sprawy zakonu, ale muszę wiedzieć czy mogę wam zaufać?
Alicja wstała z krzesła kładąc rękę na sercu.
- Nie wyjawię tej tajemnicy nikomu i zabiorę ją za sobą do grobu! – wyrecytowała odważnie. – Chociażby mnie torturowali, nic nie zdradzę Voldemortowi!
Na chwilę w oczach Dumbledore zagościły łzy wzruszenia, lecz nie zdążył odpowiedzieć, bo i kolejni zaczęli wstawać i składać mu przysięgi o swojej wierności.
- Nigdy nie zdradzę własnych przyjaciół! – Syriusz powstał. – Wolałbym zginąć…
- Jestem w stanie poświęcić wszystko dla dobra zakonu! – Glizdogon również położył rękę na sercu.
- Ja będę walczyć do samego końca, chociażbym miała zginąć! – Dor jako ostatnia powstała, a gdy zakończyła dyrektor cichutko przemówił:
- Dziękuję wam…Myślę, że możecie czuć się zaproszeni na następną naradę zakonu, która odbędzie się w trakcie świąt. O reszcie dowiecie się później. A teraz Zmykajcie!


*♥♥♥*

Witajcie!
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, chociaż może to, że mam bardzo ograniczony dostęp do komputera :C Własnego nie mam, a rodzica...Wiadomo jak rodzice. A myślałam, że jak będą wakacje to będzie spokój i mnóstwo czasu, ale najwyraźniej się myliłam :/ Chociaż wiadomo, nie jest aż tak źle jak w roku szkolnym, dlatego powoli będę nadrabiać wszystkie zaległości :)
A mam pytanko, do was:
Czy jedziecie może w tym roku na PotterCon do Bydgoszczy? 
Ja w każdym razie będę :)
A co do samego rozdziału. Pewnie są błędy jak zwykle, ale nic na to nie poradzę, że na wakacje się nieco rozleniwiłam XD Poprawie je w miarę możliwości :)
A wszyscy ci, którzy informowali mnie o rozdziałach, a ja ich nie skomentowałam, proszę o przypomnienie się pod tą notką :) Już po prostu gubię się w tych blogach :)
I na koniec życzę wam miłych wakacji!
Pozdrawiam Mania :*

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 9 "Fałszywe oskarżenia"

Cisza.
Jakieś szmery.
James leżał na wznak, na łóżku wpatrując się w ciemność. Pani Pomfrey wyłoniła go ze skrzydła szpitalnego o 21, a on od ponad 2 godzin nie mógł zasnąć. Wciąż myślami był przy Lily. Już nawet nie wściekał się na Łapę, miał ochotę z nim pogadać, potrzebował go, a teraz, w tych najtrudniejszych momentach, byli skłóceni.
- Łapo? - szepnął, choć nie miał nadziei na to, że ktoś mu odpowie.
Syriusz spał już od godziny.
- Tak? - Ku zaskoczeniu Rogacza, Łapa odezwał się lekko sennym głosem.
James westchnął lekko, skoro już zaczął tą rozmowę, to musiał ją dokończyć.
- Przepraszam - odparł wciąż wpatrując się w ciemność.
- Przestań, nie ma, o czym mówić. - Syriusz westchnął.
- Wiem, że powinienem złapać tego znicza, ale coś mnie ciągle dręczyło…
- Rozumiem, nie musisz się tłumaczyć – odparł, a chwilę potem podłoga w dormitorium lekko zaskrzypiała. Łapą najwyraźniej wyszedł z łóżka. Za chwilę pokój wypełniło światło lampki a Rogacz syknął przymykając oczy.
- Zgaś, bo mnie razi! - zasłonił ręką twarz.
- Poczekaj, chce coś sprawdzić. - Wyjął z szuflady stary lekko pognieciony pergamin i rozłożył go na łóżku. - Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego.
Na pustym pergaminie zaczęły pojawiać się czarne litery, znaki i łączące się linie. Syriusz nie czekając aż pokryją cały pergamin, rozłożył go odpowiednio spoglądając na dormitorium dziewcząt.
- Chyba śpią - szepnął podekscytowany do Rogacza. - Mam pomysł...
- Syriuszu wybacz, ale nie mam ochoty na żarty. - James skrzywił się lekko spoglądając na przyjaciela. - Ale możemy zakraść się do Lily...
- Nie - odparł stanowczo Łapa. - James, nie możesz tam siedzieć przez cały czas. Spójrz na to, co się dzieje. Wciąż przesiadując w skrzydle nic nie zmienisz, ona nie obudzi się przez to szybciej. Zajmij się swoim życiem.
Rogacz spojrzał markotnie na przyjaciela. Syriusz miał trochę racji, ale on musiał, po prostu musiał przy niej być.
- A co z tą Liv? - Syriusz niespodziewanie wyskoczył z pytaniem.
- Och... - James zagryzł wargi, nieco zakłopotany. - Dzisiaj z nią gadałem, przed meczem. Mówiła, że słyszała, co się stało z Lily i gdybym chciał z kimś na ten temat pogadać to ona jest chętna.
- Chętna się znalazła. – Syriusz prychnął przeglądając bezmyślnie mapę. – Przecież jakbyś chciał z kimś pogadać, to wiadomo, że ja bym był pierwszą osobą w kolejce.
- Skromny, nie ma co. – James pokręcił głową wygodniej siadając na łóżku.
Syriusz tylko westchnął ciężko i już miał odłożyć mapę Huncwotów na półkę, gdy nagle jego wzrok zatrzymał się na planie błoni Hogwartu.
- James… - Przeniósł przerażony wzrok na przyjaciela. – James spójrz… - Podsunął mu mapę pod nos.
Rogacz szybko zerknął na mapę, a oczy coraz bardziej mu się poszerzały. Przez błonia Hogwartu pędziły dwie kropeczki. Pierwsza opatrzona imieniem Mary, a druga imieniem Remusa. Tuż za nimi biegł Peter, a cała trójka kierowała się w stronę zamku.

~*~

Biegła wciąż przed siebie i nawet nie śmiała się obrócić, by sprawdzić czy Remus wciąż ją goni. Dlaczego ona się nie przemieniła? Przecież wszystko wskazywało na to, że będzie wilkołakiem. Nawet Pani Pomfrey powiedziała, że to cud, że przeżyła, więc oczywiste było, że stanie się tym, kim był Remus. Potworem…kim strasznym, ale teraz nie mogła o tym myśleć. Nadal biegła. Opuściła już błonia wpadając przez ogromne wrota do zamku. Na chwilę się zatrzymała, by zaczerpnąć tchu, lecz zdała sobie sprawę, że to nie jest dobry pomysł. Dopadła do schodów, gdy Remus był już niecały metr od niej. To trwało ułamek sekundy i nagle…wilkołak utknął w fałszywym stopniu, dając Mary chwilę na zebranie myśli. Spostrzegła jak Glizdogon wpada tylko (jako człowiek) przez wrota i krzycząc coś o pomocy i biegnie w stronę Wielkiej Sali. Szybko zaczęła wspinać się po schodach. Bestia miotała się parę stopni niżej, ale z każdą sekundą jego uwięziona kończyna wysuwała się spod fałszywego stopnia. Mary nie wiedziała czy w końcu się uwolnił, bo biegła ile sił w nogach przez korytarz. Do pokoju wspólnego zostały jej jeszcze dwa piętra, już nie miała siły, ale wiedziała, że jak się zatrzyma Remus na pewno ją dopadnie…A tak ją zapewniał, że nie stanie jej się krzywda. Kilka łez spłynęło po jej, zaróżowionych od emocji, policzkach. Będąc już niecałe 10 metrów od obrazu Grubej damy zwolniła kroku i dysząc ciężko przeszła przez obraz. Teraz już jej nie dopadnie, jako wilkołak nie będzie w stanie podać hasła. Odetchnęła z ulgą i ruszyła w stronę dormitorium. Miała nadzieję, że Glizdogon zawiadomił już dyrektora i że nikomu nic się nie stało. Wyczerpana przeszła przez drzwi dormitorium, które zapiszczały przeraźliwie. Spostrzegła, że w pokoju pali się światło. Przeszła przez próg i zaraz usłyszała znajomy głos.
- O już wróciłaś? – Dorcas siedziała odwrócona do niej plecami i była zbyt skupiona na robieniu sobie pedikiuru by spojrzeć na przybysza.
- Yhym… - odparła Mary przekraczając próg. Alicji nie było w pokoju.
- Mówię ci ten lakier jest do dupy… - odparła przyglądając się swoim paznokciom. – A ty właściwie gdzie byłaś, co?
- U Remusa, właśnie przed nim uciekam… - Mary zaczęła, nie do końca pewna czy Dorcas ją słucha.
- Och…A co śmierdzi mu z gęby? – Brunetka spytała, chociaż nie do końca była świadoma tego, co mówi. Zbyt zajęta była robieniem sobie pedikiuru.
- Nie… - Mary uniosła lekko brew.
- No ej, przyznaj się, że ząbków nie umy… – Dor odwróciła się w końcu, tracąc nadzieję, na to, że lakier kiedyś wyschnie i ujrzała stojącą na środku pokoju blondynkę. – Boże, Macdonald! Myślałam, że to Alicja! Co ty tutaj robisz?
- Uciekam przed Remusem…Tak jak już mówiłam… - wzruszyła ramionami.
- A co się stał… - nie dokończyła, bo przerwał jej głos przyjaciółki.
- Mary! – W drzwiach pojawiła się Alicja. – Co ty tutaj robisz? Czemu się nie przemieniłaś?
- Boże dzisiaj pełnia! – Meadowes złapała się za głowę. – Zapomniałam! Mary, co ty tutaj robisz?
-Dorcas Meadowes jak mogłaś zapomnieć! – Alicja zakryła dłońmi twarz. – Cały dzień o tym rozmawiamy…
- Czy ja w końcu będę mogła coś powiedzieć?! – Mary wydarła się przekrzykując przyjaciółki.
- Tak, tylko… - W tym momencie usłyszały głośny trzask.
Wymieniły zaniepokojone spojrzenia i zbiegły szybko schodami do pokoju wspólnego. Z gardła każdej wyrwał się zduszony okrzyk. Pokój był spustoszony. Obraz grubej Damy zwisał bezwładnie z wielką dziurą na środku, a meble były poprzewracane. Przy wejściu stał profesor Slughorn i Minerva McGonagall. Tuż przy ich stopach leżał spetryfikowany Remus, a obok stał Glizdogon trzymający dzielnie różdżkę.
- Ja go trafiłem! – krzyknął uradowany, ale Mary tylko zakryła dłonią twarz.
Powoli uklękła przy sztywnym ciele zwierzęcia, który nadal, mimo że tak dziki i nieokiełzany, był miłością jej życia. Wtuliła się w jego miękką sierść, a po jej policzkach pociekły kolejne łzy.
Glizdogon stał z buzią szeroko otwartą, a jego oczy niemal wychodziły z orbit. Liczył na to, że Mary przywita go jako bohatera, a ona nawet słowem się do niego nie odezwała.
- Panie Pettigrew, proszę za mną i Pani Macdonald również. – Nagle wyrósł przed nimi dyrektor szkoły Albus Dumbledore. – Pani Pomfrey zaraz przyjdzie zabrać Pana Lupina, została poinformowana przez jego przyjaciół Jamesa i Syriusza. Proszę się nie obawiać – dodał widząc zrozpaczoną minę Mary. – Poppy dobrze się nim zajmie, a teraz proszę za mną!

~*~

Kolejny tydzień spędzony w Hogwarcie ciągnął się mozolnie. Powoli dochodził Listopad, co oznaczało zbliżającą się Noc Duchów, organizowaną, co rok w zamku. Tydzień przed uroczystością Mary dostała dokładną diagnozę swojego przypadku. Pani Pomfrey musiała codziennie ją badać i sprawdzać jak jej organizm zmienia się w raz z oddalaniem i przybliżaniem się pełni. W końcu po ponad tygodniu badań i wielu rozmowach z rodzicami Macdonald pani Pomfrey opowiedziała jej dokładnie, dlaczego, nie zmieniła się w wilkołaka w trakcie pełni.
- No i co? – Meadowes podniecona zagrodziła drogę Mary, która właśnie wychodziła ze Skrzydła Szpitalnego.
- No…to dzięki moim genom czy coś w tym stylu… - Blondynka wywróciła oczami.
- A możesz jaśniej? – Alicja spytała, ale głos miała lekko rozdrażniony. – Śpieszę się do
Franka…
- No chodzi o to, że wiecie…Zawsze dużo chłopaków zwracało na mnie uwagę…
- Skromna, nie ma co… - Prychnęła Meadowes, ale Alicja ją uciszyła.
- Kontynuuj proszę… - dodała po chwili.
- No i okazało się, że moja prababcia była wilą… - Mary zawiesiła głos. – I…
- To dlatego zabierałaś mi najlepsze ciacha w całej szkole! – Dorcas oburzała się wytykając przyjaciółkę palcem.
- Boże, błagam cię Dor, czy dasz mi dokończyć? – Blondynka spojrzała wyczekująco na przyjaciółkę, po czym po chwili ciszy zaczęła mówić dalej. – No, a teraz już niestety nie mam w sobie nawet kropelki krwi wili, ale dzięki temu, że wcześniej miałam jej trochę to ona ocaliła mnie przed zostaniem wilkołakiem…

~*~

Remus już dochodził do siebie po tak emocjonującej pełni, lecz tak jak zawsze nic nie pamiętał. Póki co, mógł wreszcie wyjść ze skrzydła szpitalnego. Gdy wychodził spojrzał raz w stronę łóżka swojej rudej przyjaciółki. Lily nie budziła się już od prawie trzech tygodni, co było bardzo niepokojące. Nawet nie chciał myśleć, jak w tej sytuacji musi czuć się James, który tak bardzo ją kocha. Już przeszedł próg, gdy nagle usłyszał zachrypnięty dziewczęcy głos:
- C-co się S-t-tało?
Odwrócił głowę i zobaczył, że Lily ma lekko otwarte oczy i patrzy na niego błagalnym wzrokiem. Podbiegł do niej jak najszybciej uśmiechnięty od ucha do ucha, a oczy miał lekko zaszklone od łez.
- Boże, Lily nareszcie, wiesz jak wszyscy się martwiliśmy? – Usiadł na krawędzi jej łóżka patrząc na nią z uśmiechem.
- Och…nic nie pamiętam…tylko to, że zabrałam ze spiżarni Slughorna…- urwała. – A potem już…
- Spokojnie już wszystko jest w porządku… - Remus pomógł rudej usiąść i oprzeć się na poduszce. – Może pójdę po Jame…
- Nie! – krzyknęła Lily i zaraz zakryła sobie dłonią usta. – Znaczy, nie, proszę nie idź…nie chcę go już więcej widzieć…
- Ale Lily…
- Proszę… - spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. – Wiesz, że gdyby nie on, wcale by mnie tutaj nie było. – Jej oczy lekko zaszły się łzami.
- No dobrze… - spojrzał na nią z politowaniem.
- Dziękuję – chlipnęła, a zaraz całkowicie zalała się łzami rzucając się mu na szyję.
Mocno się do niego przytuliła, a on, chociaż z początku zszokowany, zaraz odwzajemnił uścisk.
- Przepraszam, ale…J-ja tak nie potrafię… - szepnęła przez łzy. – Ja już mogę tak dłużej on mnie wykańcza…
- James? – spytał głaszcząc ją po głowie by trochę się uspokoiła.
Lily głośno załkała ukrywając twarz w jego ramionach. Pomyślała, że może to nie James jest jej pisany…może…
- Remus… - Nagle usłyszał za sobą znajomy głos, teraz pełen wyrzutu.
- Och… Jame…- nie dokończył, bo został brutalnie pchnięty na posadzkę.
- James, co ty wyprawiasz? – Lily pisnęła kuląc się na łóżku, całkiem zszokowana tym nagłym pojawieniem się Pottera.
- Teraz będziesz się z nim prowadzać tak? – krzyknął podchodząc do Remusa i kopiąc go w brzuch.
Lupin po kolejnym ciosie próbował wstać, ale Potter przygwoździł go do podłogi.
- Spróbuj się do niej zbliżyć… - szepnął mu na ucho.
- Potter, ja nie jestem twoją własnością! – Lily krzyknęła, gdy ten skierował już swoje kroki w stronę wyjścia zostawiając leżącego Remusa na podłodze, ale ona nawet na nią nie spojrzał.
Opuścił skrzydło, a zaraz pojawiła się w nim pani Pomfrey, która zwabiona krzyżykami biegła aż z Wielkiej Sali.

~*~

- Nie poszłaś do Lily? – Remus spojrzał na Mary wchodząc do pokoju wspólnego, wciąż obkładając sobie lodem obolałą szyję.
- Nie – odparła krótko.
- Mary, coś się stało? – spytał siadając obok niej na kanapie. Chciał ją przytulić, ale ona odepchnęła go.
- Zostaw mnie… - szepnęła wstając i ruszając w stronę schodów prowadzących do dormitorium.
- Mary, co się dzieje? – Remus wstał i poszedł w jej ślady.
- To się dzieje, że… - odwróciła się do niego twarzą, gdy stali już na pierwszym stopniu. – że…- Ale nie potrafiła dokończyć. Chciała go uderzyć, chciała, by poczuł się tak jak ona się teraz czuła, ale tylko pokręciła głową, a po jej policzkach pociekły łzy. Nic nie mówić wbiegła do dormitorium zostawiając Remusa samego.

~*~

Minął kolejny dzień, a on wciąż nie wiedział co ma robić, czuł się tak okropnie. Przecież nie zrobił nic złego. Lily była tylko jego przyjaciółką, jak James mógł pomyśleć, że coś ich łączy. I jak mógł jeszcze o tym powiedzieć Mary, chociaż nie miał żadnych podstaw.
 Kopnął kamień, który z pluskiem wpadł do wody, kiedy nagle usłyszał znajomy głos, dochodzący zza wierzby.
- Mary? – krzyknął podbiegając kawałek i ujrzał samotnie siedzącą blondynkę z twarzą ukrytą w książce. Ćwiczyła formułki jakiś nowych zaklęć.
- Och…To znowu TY… - odpowiedziała oschle, po czym znów schowała się za książką.
- Mary, ja chcę tylko pogadać… - Remus spojrzał na nią z nadzieją, a ona wzdychając ciężko odłożyła gruby tom na trawę.
- O co znowu chodzi?
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi… - zaczął. – Dlaczego wierzysz mu, a nie mi?
- Bo mam takie prawo.. – odparła dobitnie. – Wierzę mu, ponieważ on jeszcze nigdy mnie nie okłamał…
- A ja ciebie okłamałem?! – Remus nie krył swojej rozpaczy, wszytko się waliło, dosłownie wszystko i to z tak błahego powodu.
- Tak… - Mary szepnęła próbując zachować stanowczy ton głosu, lecz cała już drżała.
Byli tak blisko, po raz kolejny…
- Kiedy? – spytał naprawdę szczerze.
- Obiecałeś, przed pełnią, że mnie nie skrzywdzisz… - szepnęła powstrzymując łzy. – Ale nie dotrzymałeś obietnicy… - Szybko chwyciła książkę i jak najszybciej odeszła zostawiając go samego po raz kolejny.
Czuł się jeszcze gorzej niż przed tą rozmową. Odrzuciła go, po raz kolejny.

~*~
 Minął kolejny tydzień, a to oznaczało, że właśnie dzisiaj wypadała noc duchów. W całym zamku panowała wesoła atmosfera, a większość starszych uczniów pomagała w rozwieszaniu dekoracji.
- Co się dzieje z Remusem i Mary? – spytała Dorcas, wieszając przy stole nauczycielskim ozdobną dynię z wyciętym uśmiechem.
- Nie rozmawiali ze sobą od tygodnia…Nikt nie wie, o co chodzi… - Alicja wzruszyła ramionami zdobiąc stoły serpentyną.
- Byli już razem, a nagle wszytko BUM i koniec! – Meadowes zaprezentowała wielkie „bum” rękami.
- Oni byli razem? – Lily spytała zdziwiona.
Przez to, że była nieprzytomna przez tak długi czas wiele jej umknęło i wciąż musiała zadawać pytania.
- Tak, bo wiesz w trakcie tej niby pełni… - Alicja zaczęła tłumaczyć. – To oni się pocałowali i ogólnie było wszytko pięknie i cacy i nagle nie mijają dwa tygodnie jak zaczynają się kłócić. Żadna z nas nie wie co się dzieje, bo ani Mary, ani Remus nie chcą nic powiedzieć.
- A kiedy zerwali? – Lily zaczęła obawiać się najgorszego.
- W dzień kiedy się obudziłaś… - Dorcas westchnęła. – No, ale to nie zmienia faktu, że nie wiemy, dlaczego zerwali.
- To przeze mnie… - Lily szepnęła łapiąc się z głowę. – To moja wina…
- Co ty bredzisz Evans, przecież dopiero co się wtedy ocknęłaś. – Alicja postukała się palcem w głowę.
- No właśnie, to był ten dzień…To wszystko moja wina…
- Lily błagam… - Dorcas zaczęła, lecz Ruda jej przerwała.
- Muszę, wam wszystko wyjaśnić…. – I opowiedziała im o dniu, w którym to wszystko miało miejsce.
- Cholera, przecież miedzy wami nic takiego nie było! – oburzała się Dor.
- Właśnie w tym rzecz…. – Ruda westchnęła zrezygnowana. – No i co ja mam zrobić?
- Nie wiem co ty zrobisz… - Dor wypięła wojowniczo pierś. – Ale ja idę porozmawiać z Jamesem, bo tak dłużej być nie może.
I wymaszerowała z Wielkiej Sali.
Powoli zbliżał się wieczór, a raz z nim uczta z okazji nocy Duchów, ale Dorcas jakoś się tam nie śpieszyło. Siedziała na łóżku w dormitorium pochłonięta rozmyślaniem.
Rozmawiała z Jamesem i próbowała mu powiedzieć, że to co wiedział, Remusa i Lily, że między nimi nic nie było, ale on tylko zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Potem jak jeszcze próbowała go złapać na korytarzu to wszędzie chodził z tą całą Liv z Ravencalwu. Zauważyła, że ostanie tygodnie były dla nich wszystkich bardzo ciężkie, zwłaszcza dla Remusa i Mary i Lily i Jamesa. Mimo, że ona często wściekała się na Blacka, to ich problemy były niczym przy tych, które mieli ich przyjaciele.
Chciała już przerwę świąteczną…Miała dość szkoły. Chciał wrócić do domu, odpocząć i…I móc porozmawiać z rodzicami…Ale to na końcu.
Potarła zmęczoną twarz i wygodniej usiadła na łóżku. Wzięła pierwszą lepszą książkę z kufra i otworzyła ją na losowej stronie. W trakcie przerzucania kartek ze środka wypadł jej złożony liścik. Odwinęła go i od razu rozpoznała i pismo i sam list. Dostała go już jakiś czas temu od Dumbledore, a jego treść dokładniej wyjaśniała, na czym polegać ma „posiedzenie na temat Walk kontynentalnych”. Mimo, że czytała ten list codziennie to wciąż pewnych rzeczy nie rozumiała, więc rozwinęła go po raz kolejny i zagłębiła się w jego treści.

Szanowna Panno Meadowes,

Zapewne wie już pani, że wraz z Remusem Lupinem, została pani oddelegowana do pewnej sprawy, której waga jest niesamowicie wysoka. 15 listopada Pani, pani towarzysz i szóstka uczniów z innych domów, wybierzecie się wraz ze mną do ministerstwa Magii. Nim to jednak nastąpi, musimy dokładnie omówić pewne kwestię i opracować technikę, oraz argumenty, którymi poprzemy naszą teorię. Ale wszystko w swoim czasie.
Czym są walki Kontynentalne?
Otóż, najprościej to wytłumaczę w ten oto sposób. My jako państwo – Wielka Brytania, mamy swój i własny sposób na wyłapywanie Śmierciożerców ( niekoniecznie słuszny). Nasz minister Harold Minchum, jest za zwiększeniem ilości Dementorów wokół Azkabanu. Jest to jakiś sposób, lecz skoro Lord Voldemort rośnie w siłę, naszego więzienia powinien pilnować ktoś, kto jest na tyle zaufany, że nie przejdzie na jego stronę. A Dementorzy do takich istot z pewnością nie należą, wręcz przeciwnie z chęcią przyłączą się do Sama-wiesz-kogo, gdy będą miały taką szansę. Natomiast Minister Magii Stanów Zjednoczonych i całej Ameryki Północnej, do których Azkaban również należy, proponują, by zamiast wyłapywać Śmierciożerców i zamykać ich w więzieniu, od razu ich zabijać. Uważają, że to najpewniejszy sposób, na pokonanie Voldemorta. I właśnie taki spór istnieje teraz między dwoma kontynentami: Ameryką Północną i Europą, a naszym zadaniem jest wymyślenie takiej strategii pokonania Czernego Pana, by oba te kontynenty pogodzić. Ja wciąż się jeszcze nad tym zastanawiam i Panią również o to proszę. Spotkanie wszystkich przedstawicieli i omówienie ich pomysłów będzie miało miejsce 5 listopada, myślę, że czasu nam starczy!
~Z poważaniem Albus Dumbledore.

Sama nie była pewna, ale chyba wreszcie udało jej się wszytko zrozumieć, przynajmniej to było pocieszające, gdy wokół działo się tyle złego.

~*~

Zeszła schodami do opustoszałego pokoju wspólnego, zerkając przy okazji na tablicę ogłoszeń wywieszoną przy wejściu. Wszyscy uczniowie z siódmych klas, którzy w zeszłym roku nie zdali, bądź zdać nie mogli z powodu zbyt młodego wieku, mogą przystąpić do egzaminów z teleportacji, które odbędą się na początku Grudnia. Dokładny termin miał zostać podany.
Dorcas westchnęła. W zeszłym roku nie chciało jej się przystępować do egzaminu, ale jak patrzyła czasem na Syriusza, który w wakacje wciąż się aportował z pokoju do pokoju, by tylko zrobić jej na złość, sama zapragnęła posiadać licencję.
Po chwili znalazła się w Wielkiej Sali. Małe okrągłe stoliki stały na jej środku zawalone ogromnymi miskami, z przeróżnymi potrawami. Gdy szła, wzdłuż Sali czuła się jakoś nieswojo, inaczej. Przeszła właśnie koło stolika, przy którym siedział James, lecz tuż obok niego nie było Lily, lecz śmiejąca się w głos Liv. Ruda za to siedziała dwa stoliki dalej prowadząc poważną rozmowę z Remusem, widocznie musiała go przepraszać. A prawie na samym końcu Sali siedziała Mary, wraz z Peterem. Gdy Dor doszła do ostatniego stolika zobaczyła siedzącego przy nim Syriusza, on był sam. Przynajmniej to zostało po staremu – pomyślała, po czym uśmiechając się od ucha do ucha przeszła całkiem obojętnie obok jego stolika.
- Och, Dorcas! – zerwał się miejsca. – Ja chciałem cię przeprosić…
- Oj, Black. – Dorcas westchnęła wywracając oczami. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć…
- Czyli, że mi wybaczasz? – spytał z nadzieją w glosie.

- Nie, no co ty! – Dor zaśmiała się obdarzając go zalotnym spojrzeniem. – Żebym ci wybaczyła, musisz się bardziej postarać! – Posłała mu w powietrzu całusa, po czym robiąc piruet odeszła do stolika obok.

*♥♥♥*

Witam!
Wracam z lekko nie zbetowanym rozdziałem...Ale i tak dzisiaj napisałam ponad połowę tego rozdziału.
Przez cały ostatni miesiąc prawie siedziałam na dupie i napisałam zaledwie 2 strony w Wordzie, aż dzisiaj weszłam i dopisałam pięć :) Ogólnie wybaczcie, że tak długo trzeba było czekać, ale szkoła, ostanie oceny itp. Ogólnie muszę się jeszcze starać na 6 z angielskiego...Trudne mam życie po prostu :C
Ale ogólnie zbliża się półrocze bloga! I z tej okazji może przygotuję małą niespodziankę, jeśli pozwolą mi na to okoliczności :)
A co do treści rozdziału...Wiem, że nie powala, ale ostatnio mam dość trudny okres w życiu i ogólnie, to, że cokolwiek napisałam jest cudem :C
Liczę na wasze komentarze :)
Co do Spamownika, od pewnego czasu mam tak zawalony, że już nie nadążam, więc jak ktoś mnie zrosił już do siebie na kolejny rozdział, to na koniec komentarza proszę się przypomnieć :) 
Do napisania Mania!